Mam wiele kosmetycznych słabości, szczęśliwie - nigdy nie należały do nich lakiery do paznokci. Mam ich na półce góra kilka sztuk. Darzę co prawda bardzo dużą sympatią lakiery Estee Lauder, ponieważ nawet taka lebiega jak ja jest w stanie poradzić sobie z nimi i są trwałe, ale daleko mi do kolekcji.
Poza tym szczerze mówiąc, łatwiej przychodzi mi wydanie większej kwoty na cień, czy róż, niż na lakier, którego i tak do tej pory używałam jedynie od wielkiego dzwonu, ponieważ wysiłek był ogromny, a efekt i tak najczęściej mizerny i pozostawiający zbyt wiele do życzenia.
Dzisiaj jednak za sprawą mojego pierwszego Essie w kolorze Chinchilly /a sleek granite gray/ sytuacja uległa zmianie - znalazłam lakier, który sam maluje, jest łatwiejszy w obsłudze nawet od Estee, czy MACa, który również ostatnio nie sprawił mi problemów, w dodatku zasycha w miarę szybko, więc mam mniejsze szanse zrujnować mozolnie osiągnięty efekt. Cieszę się zatem fajnymi szarymi pazurkami, mam już upatrzony kolejny łup i zaczynam powoli rozumieć wszystkie Essie-maniaczki, tym lakierom faktycznie bardzo trudno się oprzeć ;)
