Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maskary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maskary. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 maja 2012

Mała spryciara - Bottom Lash Mascara - Clinique

Przyznam szczerze, że na samym początku, gdy tylko po raz pierwszy zetknęłam się z materiałami dotyczącymi tego maluszka pomyślałam, że to czysta fanaberia. Dopiero później, zaczęłam zastanawiać się na tym produktem i dotarło do mnie, że praktycznie codziennie walczę z upacianą tuszem dolną powieką, a nierzadko - kiedy potrzebuję bardzo precyzyjnie pomalować rzęsy, zdarza mi się również walczyć z plamami tuszu na górnej. Pół biedy, kiedy makijaż jest ciemny i w miarę łatwo jest to usunąć nie czyniąc poważniejszych szkód. Niestety na jasnym tle plamy są znacznie bardziej widoczne, a próby poprawienia cienia po starciu tuszu kończą się często cieniem osypanym na rzęsach i tak w koło Macieju. Nie mówiąc już nawet o tym, że moja miłość do szczot wielkości wyciora do butelek praktycznie udaremnia mi dokładne wytuszowanie rzęs w wewnętrznych kącikach.


Bottom Lash Mascara marki Clinique ma być w założeniu remedium na te makijażowe bolączki. I muszę przyznać, że jest ;)


Opakowanie jest urocze - srebrne, w kwiatki - ładnie prezentuje się na toaletce, czy w kufrze.
Szczoteczka jest malutka - stożkowa, dzięki temu świetnie dociera do nawet najmniejszych rzęs, zarówno dolnych, jak i tych  w wewnętrznym kąciku na górnej powiece.
Tusz aplikuje się bez problemów, grud i kluch. Nie rozmazuje się, ani nie osypuje w ciągu dnia. Zmywa się bez trudu micelem.


Lubię w niej to, że po wyjęciu szczoteczki na jej czubku nie ma tej kluski, która zwykle bywa w standardowych tuszach. Operuje się nią wygodnie, czego również obawiałam się ze względu na jej mikro rozmiar. Maskara nie podrażnia, ani nie powoduje łzawienia.


W moim odczuciu to naprawdę przydatny i funkcjonalny produkt. Świetna odpowiedź na pomysły malowania rzęs szczoteczkami do czyszczenia przestrzeni międzyzębowej i tym podobne ;)

m.m.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Recenzja - Sephora - Outrageous Volume - Dramatic Volume Mascara

Nowa maskara Sephory już od dłuższego czasu była na mojej 'chciej-liście', dlatego kiedy tylko perfumeria rozpoczęła swoją genialną akcję wymiany starego produktu na 50% zniżki na swój makijaż, przy pierwszej nadarzającej się okazji wymieniłam stary tusz na Outrageous. Maskara, przynajmniej przez konsultantki, polecana jest jako tańszy odpowiednik They're Real Benefitu, która również bardzo mnie kusiła, ale wydawanie prawie 100pln na maskarę z silikonową szczotką przez kogoś, kto tych szczotek chronicznie nie znosi, wydało mi się trochę pozbawione sensu. Za Outrageous zapłaciłam w promocji jedynie 27pln. Doszłam do wniosku, że jeśli ta maskara rzuci mnie na kolana, pokuszę się o zakup Benefitu. Niestety wszystko wskazuje na to, że powinnam jednak darować sobie eksperymenty na tym gruncie i trwać wiernie przy moich ukochanych, ogromnych wyciorach typu Opulash, czy Dioshow. Ale po kolei.


wtorek, 12 lipca 2011

Recenzja - Maybelline - The One By One Volum' Express Mascara


 Dzisiaj recenzja maskary, która na rynku jest już od chyba od kilku miesięcy, natomiast ja skusiłam się na nią stosunkowo niedawno, stąd dopiero teraz wrzucam Wam swoje spostrzeżenia ;) 



czwartek, 23 czerwca 2011

Recenzja - MAC - Zoom Lash z LE Flighty



O czerwcowej kolekcji MAC  i o tym, że pod względem cieni nie zachwyciła mnie zupełnie pisałam Wam już wcześniej. Zarówno swatche, jak i rzeczywiste egzemplarze obejrzane w salonie nie przyspieszyły bicia mojego serca ;) Natomiast zupełnie inaczej rzecz miała się z kolorowymi maskarami z tej limitowanki. Tym razem pokolorowaniu poddana została wersja Zoom Lash. Generalnie jestem naprawdę wierną fanką maskar marki MAC. Moim zdaniem prezentują one sobą jakość wysokopółkowych produktów za cenę często kilkakrotnie niższą. A żywotnością często znacznie je przewyższają. W kolekcji Flighty znajdziecie cztery różne kolory maskar - szarą, niebieską, fioletową i zieloną.




piątek, 8 kwietnia 2011

Recenzja - Lash DNA Smashbox

Jeżeli jesteście ze mną już jakiś czas, to zauważyłyście już prawdopodobnie, że moim makijażowym konikiem są oczy. Mam fioła na punkcie cieni do powiek, uwielbiam, gdy moje rzęsy sięgają sufitu i wciąż szukam nowych, lepszych rozwiązań i jeszcze bardziej idealnych produktów.
 Maskar marki Smashbox nigdy w perfumerii mi nie polecano i przez ostatnie dwa tygodnie przekonałam się, dlaczego. Jako, że moje dotychczas używane tusze skończyły się, a miałam jeszcze dwie maskary z zestawów Benefit i Smashbox właśnie, postanowiłam zużyć je, zamiast kupować kolejną. Pełna nadziei, bo zawsze podchodzę do nieznanych mi dotychczas produktów z nastawieniem pozytywnym, sięgnęłam po Lash DNA.



środa, 15 grudnia 2010

Maskary c.d. - Colossal Volum'Express - Maybelline


Kolejna maskara. Colossal Volum'Express spokojnie poleciłabym osobie, która od tuszu oczekuje odrobinę mocniejszego, ale nadal naturalnego efektu dziennego. Efekt teatralny ciężko jest tym tuszem osiągnąc, nie mniej jednak jest to możliwe po starannym nałożeniu kilku warstw.


Pierwsze wrażenie to dość zwariowane, żółte opakowanie, które bez trudu daje się odnaleźć w kosmetyczce, czy kufrze; kolejne już po odkręceniu tuszu - to silny, jak dla mnie drażniący zapach, wyczuwalny jeszcze przez długi czas po aplikacji.
Maskara jest bardzo mokra, co ma swoją zaletę, ponieważ tusz bardzo długo jest świeży i nadaje się do użytku, ale ma też niestety i wady - bardzo odbija się na powiekach, rozmazuje i robi xero. Nie pozostawia grudek. Niestety wymaga wyczesania pajęczych nóżek, które zdarza się jej powodować. Dosyć słabo rozczesuje rzęsy.
Tusz od Maybelline fenomenalnie wydłuża. Efekt jest naprawdę spektakularny. Gorzej jest niestety z ich pogrubianiem. Generalnie bardzo polecam tę maskarę pod sztucznie rzęsy - w tej roli sprawdza się znakomicie. Jeśli ktoś potrzebuje ekstremalnego wydłużenia krótkich, ale gęstych i grubych rzęs - nie powinien być zawiedziony. Ja w zasadzie lubię ten produkt. Efekt wydłużenia jest mega intensywny, a niedociągnięcia w pewnym stopniu rekompensuje niska cena tuszu.

mm

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Maskary cz.II - Clinique High Impact oraz High Lenghts

Dzisiaj chciałam przedstawić Wam dwie kolejne rewelacyjne maskary - tym razem od Clinique'a. Obydwie bardzo lubię, obydwie zapewniają piękny efekt i obydwie bardzo polecam.

Zacznę od High Impact ponieważ jest to produkt znacznie dłużej obecny na rynku. Tusz  świetnie sprawdza się w dziennym, lekkim makijażu. Bardzo ładnie wygląda, nie skleja rzęs, nie osypuje się, bardzo łatwo się aplikuje, nie ma potrzeby rozczesywania i poprawiania nieskończoną ilość razy. Nie rozmazuje się. Pogrubia i podkręca rzęsy. Szczotka jest rewelacyjna /mam nawet jedną z poprzedniego opakowania wymytą i zostawioną do poprawek po innych eksperymentach ;)/, rozczesuje rzęsy, nie daje efektu pajęczych nóżek. Jeśli potrzebny jest totalnie teatralny wygląd, to na pewno trzeba bedzie chwilę powalczyć, ale nakładając kilka warstw można tym tuszem ten efekt uzyskać. Skutecznie wydłuża rzęsy. Oko jest bardzo ładnie otwarte. Maskara jest bardzo mocno napigmentowana - rzęsy są bardzo czarne, takie jakie powinny być. Producent zapewnia, że tusz jest absolutnie bezpieczny i przetestowany alergologicznie. Oczy nie pieką i nie łzawią. Maskara jest w zasadzie bezzapachowa. High Impact dostępny jest w dwóch wersjach kolorystycznych - czarnej i brązowo-czarnej. Generalnie nie widzę minusów tego tuszu.





Drugi produkt to nowość Clinique'a, która oczarowała mnie juz od pierwszego użycia. Generalnie unikam maskar z grzebykami, zraziłam się kilkakrotnie efektem 'jednej sklejonej rzęsy'.  Ale High Lenghts zaskoczył mnie całkowicie. Rzęsy są do nieba. Naprawdę. Są maksymalnie wydłużone, pięknie rozdzielone, podręcone, tak jakby pełne życia i energii. Szczoteczka na początku może przerażać, ale aplikacja jest dziecinnie prosta. Ten mały, zakręcony, zielony grzebyczek dociera do każdej rzęsy, bez problemu maluje nawet te najkrótsze w kącikach. Dodaktowo jest elastyczny, więc nadmiar produktu pozostaje w opakowaniu. Tusz po aplikacji nie wymaga poprawek ani rozczesywania. Moim zdaniem efekt jest spektakularny i przechodzi oczekiwania. Maskara nie skleja, nie zostawia grudek, równomiernie się rozprowadza. Nie pogrubia rzęs w jakiś istotnie zauważalny sposób, ale wydobywa je i podkreślę raz jeszcze - wydłuża ekstremalnie. Czerń maskary jest bardzo głęboka, ale zarazem świeża. Tusz bez problemu można nałozyć kilka razy jeśli wymaga tego np. makijaż na wieczór. Jest tak jak poprzedni - bezzapachowy, przetestowany alergologiocznie i polecany nawet do wrażliwych oczu.


Obydwa tusze bez problemu utrzymują się na rzęsach cały dzień. Nie robi się panda, nie kruszą się. Nie sprawiają problemów podczas demakijażu. Bardzo lubię obydwa te produkty w makijażu dziennym. Tak jak pisałam już przy High Impact - ładnie otwierają oko, dodają świeżości, nie obciążają. Dają efekt taki z jakim w zasadzie, przynajmniej według mnie, kojarzy się marka Clinique - nie z ciężkimi, wieczorowymi makijażami, ale z czystością, świeżością i naturalnością.

piątek, 26 listopada 2010

Maskary cz.I - OPULASH by MAC

Podejrzewam, że temat maskar przewijał się będzie na tym blogu stale. Dzisiaj chciałabym powiedzieć Wam kilka słów na temat stosunkowo nowego produktu jakim jest tusz OPULASH. Szczerze mówiąc jest to pierwszy tusz tej marki, na który się skusiłam. I nie żałuję.
Generalnie koncentruję swój makijaż zawsze na oczach, uwielbiam dobre, zazwyczaj ciemne cienie do powiek i teatralne, maksymalnie wydłużone rzęsy. Moje ukochane maskary zapewniające tak uwydatnione rzęsy to L'extreme i Hypnôse Lancome, oraz Dior SHOW, ale o nich innym razem.
Efekt, który zapewnia tusz MAC'a jest moim zdaniem w 100% zgodny z obietnicą producenta. Rzęsy są fantastyczne, tusz nadaje im niesamowitą objętość.
Ale po kolei - po pierwsze ogromna szczota. Rzęsy malowane są we wszystkich kierunkach, aplikacja jest bardzo równa i niemalże niezauważalna. Nie sprawia najmniejszych problemów. Tusz się nie kluszczy, nie skleja rzęs, nie robi grudek. Nie pozostawia również okropnego efektu 'pajęczych nóżek'. Rzęsy są świetnie wytuszowane już za pierwszym razem. Są intensywne, gęste, długie, lekko podkręcone, pogrubione i pięknie rozdzielone. Nie rozmazuje się. Nawet po całym dniu nie robi się 'panda'. Dosyć szykbo zasycha, więc minimalne jest ryzyko zrobienia sobie xera pod łukiem brwiowym.
Niestety są dwie rzeczy, na które radzę zwrócić uwagę - tusz ma bardzo silny alkoholowy zapach, więc ostrożnie z bardzo wrażliwymi oczami. Ja osobiście czuję ten zapach jedynie podczas aplikacji i zupełnie mi on nie przeszkadza, nie powoduje też żadnych problemów, ale lepiej sprawdzić na testerze czy nie będzie to powodowało podrażnień czy też nadmiernego łzawienia.
Kolejna to wspomniana już ogromna szczotka. Nie każdy, niestety lubi takie tusze.

OPULASH dostępny jest jedynie w czarnym kolorze - Bad, Bad Black. Tusz jest wg. mnie porównywalny z DiorSHOW, z tą ogromną nad nim przewagą, że nie wysycha w moment po napoczęciu opakowania.


mm

You might also like:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...