wtorek, 22 maja 2012

Pędzlowo

Dzisiejszy post dedykuję Krzykli ;*, która pod wpisem na temat mojego niezawodnego zestawu wyraziła zainteresowanie pędzlami. Kolekcja tych pędzli rosła dobre kilka lat, niektóre, te najstarsze towarzyszą mi od początku studiów już jakieś ca. 10lat. Są więc również znakomitym dowodem na to, że dobre pędzle są w stanie trwać i służyć nam naprawdę długo, pod warunkiem, że będziemy o nie dbać. Ja swoje skarby myję zawsze dobrym szamponem, często dziecięcym. Do dezynfekcji służy mi SkinSept, a warunkach poza domowych, bądź gdy się spieszę i potrzebuję danego pędzla na gwałt korzystam z Brush Cleanser'a MAC'a. Wcześniej miałam płyn Inglota, ale uważam, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Pomijając fakt znacznie mniejszej pojemności przy porównywalnej cenie i pompki zepsutej po kilki użyciach /nie przypadek, ponieważ miałam do czynienia z kilkoma egzemplarzami tego płynu i w każdym pompka nie działała/, płyn Inglota jest po prostu nieskuteczny i nie domywa pędzli tak, jak ja tego oczekuję; a wymagam pędzli idealnie czystych. Poniżej zdjęcia i krótkie opisy tego, co aktualnie zostało umyte /niektóre są jeszcze niedoschnięte/, czyli te pędzle z których korzystam najczęściej, jeśli nie cały czas. nie ma tu w  związku tym tych pędzli, za którymi nie przepadam /są takie niestety, zwłaszcza z Inglota/ i których używam naprawdę sporadycznie. Na szczęście jest ich naprawdę niewiele.
Kolejność jest alfabetyczna - wszelkie opinie zawarte poniżej.


Hakuro - szerzej pisałam o tych pędzlach -  tu - klik! /minął ponad rok, więc zastrzegam, że moja opinia o nich mogła trochę ewaluować ;)/ - generalnie uważam, że są w porządku, chociaż szału nie ma. Podstawowy mój zarzut w stosunku do nich to kiepskie wykonanie - pędzle niemiłosiernie się rozklejają. Pencil brush jest ciut zbyt miękki, za to moim absolutnym faworytem jest pędzel do podkładu i korektora. Jasny jest jakby odpowiednikiem 217, ale nie szłabym zbyt daleko w stawianiu ich na tym samym poziomie odkąd dysponuję 217. To taki mój 'asystent' tego pędzla, który swoje robi, ale kiedy potrzebuję porządnie rozblendować cienie sięgam jednak po MAC'a.



Kozłowski - profesjonalne pędzle w mojej opinii mocno niedoceniane, bo i mało popularne. Jedne z najlepszych z jakimi się zetknęłam i naprawdę bardzo je polecam. Właśnie pędzle z tej firmy to mój absolutny faworyt jeśli chodzi o pędzle do ust. Jest idealnie giętki i sztywny za razem, pozwala tym samym na niezwykle precyzyjne pomalowanie ust. Pencil brush jest równie genialny. Ceny równie zachęcające.


MAC - jak na razie maleńki zbiorek, ale z całą pewnością do rozwijania. Pędzle bardzo mocno konkurencyjne, głównie ze względu na świetną jakość. Podejrzewam, że jeśli na bezludną wyspę miałabym zabrać jeden kosmetyk, czy akcesorium to byłby to właśnie 217. tym pędzlem byłabym w stanie zrobić makijaż nawet piaskiem. jest w stanie uratować chyba każdy cień. Duo do policzków z LE Semi Precious to również genialny wynalazek, który radzi sobie zarówno z bronzerem, różem w kamieniu oraz kremowym. 252 jest niezawodny jeśli chodzi o trudne cienie o suchej i twardej strukturze. A mały limitowany 226 to ideał jeśli chodzi o podkreślanie załamania. Pędzel do różu to SE z Tartan Tale i tu moja uwaga - przepaść pomiędzy jakością pędzli standardowych, dostępnych w ofercie marki, a tymi SE właśnie jest ogromna. Nie polecałabym więc sugerowania się ich jakością w ocenie pędzli marki.




Sephora - niektóre z tych pędzli są ze mną już naprawdę bardzo długo, to od nich zaczęła się moja miłość do pędzli. Świetne jeśli chodzi o jakość i funkcjonalność. Nowe - te z kolorowymi rączkami - są równie dobre. Atutem tych pędzli są również ich ceny, które biorąc pod uwagę liczne promocje w tej perfumerii - są niewiarygodnie niskie patrząc przez pryzmat ich jakości. 45 to najbardziej uniwersalny pędzle do twarzy z jakim się zetknęłam. w zasadzie on jeden wystarczy, by zrobić cały makijaż. Nałoży podkład, puder sypki, róż, rozświetlacz, a lekko ściśnięty poradzi sobie również z bronzerem. Jedynym jego mankamentem jeto to, że schnie wiecznie, dlatego intensywnie myślę nad drugim egzemplarzem.

od dołu - Hakuro H50, Sephora 45, Hakuro H18



Smashbox - ja mam słabość do tej marki - nic nie poradzę. te pędzle były częściami palet, ale podejrzewam, że gdyby budżet pozwalał, zaopatrzyłabym się w zdecydowanie więcej egzemplarzy. Jedyna ich wada to wysoka cena. Bardzo lubię szczególnie to maleństwo i dwustronny większy. Czerwonym /zdjęcie zbiorcze 'twarzowych pod akapitem MAC/ uwielbiam aplikować bronzer.


Jeśli macie jakieś pytania, bądź chciałybyście któryś z powyższych pędzli zobaczyć bliżej - piszcie proszę.
Na koniec kilka pędzelków ołówkowych, które uważam za niezmiernie przydatne ;)

od dołu - Sephora, Kozłowski, Hakuro, Douglas, MAC 219SE
m.m.

sobota, 19 maja 2012

Mała spryciara - Bottom Lash Mascara - Clinique

Przyznam szczerze, że na samym początku, gdy tylko po raz pierwszy zetknęłam się z materiałami dotyczącymi tego maluszka pomyślałam, że to czysta fanaberia. Dopiero później, zaczęłam zastanawiać się na tym produktem i dotarło do mnie, że praktycznie codziennie walczę z upacianą tuszem dolną powieką, a nierzadko - kiedy potrzebuję bardzo precyzyjnie pomalować rzęsy, zdarza mi się również walczyć z plamami tuszu na górnej. Pół biedy, kiedy makijaż jest ciemny i w miarę łatwo jest to usunąć nie czyniąc poważniejszych szkód. Niestety na jasnym tle plamy są znacznie bardziej widoczne, a próby poprawienia cienia po starciu tuszu kończą się często cieniem osypanym na rzęsach i tak w koło Macieju. Nie mówiąc już nawet o tym, że moja miłość do szczot wielkości wyciora do butelek praktycznie udaremnia mi dokładne wytuszowanie rzęs w wewnętrznych kącikach.


Bottom Lash Mascara marki Clinique ma być w założeniu remedium na te makijażowe bolączki. I muszę przyznać, że jest ;)


Opakowanie jest urocze - srebrne, w kwiatki - ładnie prezentuje się na toaletce, czy w kufrze.
Szczoteczka jest malutka - stożkowa, dzięki temu świetnie dociera do nawet najmniejszych rzęs, zarówno dolnych, jak i tych  w wewnętrznym kąciku na górnej powiece.
Tusz aplikuje się bez problemów, grud i kluch. Nie rozmazuje się, ani nie osypuje w ciągu dnia. Zmywa się bez trudu micelem.


Lubię w niej to, że po wyjęciu szczoteczki na jej czubku nie ma tej kluski, która zwykle bywa w standardowych tuszach. Operuje się nią wygodnie, czego również obawiałam się ze względu na jej mikro rozmiar. Maskara nie podrażnia, ani nie powoduje łzawienia.


W moim odczuciu to naprawdę przydatny i funkcjonalny produkt. Świetna odpowiedź na pomysły malowania rzęs szczoteczkami do czyszczenia przestrzeni międzyzębowej i tym podobne ;)

m.m.

piątek, 18 maja 2012

Recenzja - MAC LE Hey Sailor! - cienie - Barefoot, Feeling Fresh oraz Nautical Navy


Wczoraj przedstawiłam Wam rozświetlacz i puder słoneczny, dzisiaj kolej na cienie. Zdołałam mieć je na oczach już dobre kilkanaście razy i muszę przyznać, że to świetne kolory na lato. Wszystkie trzy różnią się wykończeniem i właściwościami, ale o tym szczegółowo poniżej.

 

Opakowanie - Zarówno kartoniki, jak i opakowania właściwe cieni różnią się w tej LE od standardowej. Są granatowo-białe, wnętrze jest czerwone. Cienie Nautical Navy oraz Feeling Fresh zawierają 1,5g, natomiast Barefoot 1,3g. Cienie MAC nie zawierają w opakowaniach aplikatorów, ani lusterek. /uczulam na to zwłaszcza osoby, które nie mają dostępu do salonów i cienie kupują np. na portalach aukcyjnych/.


Cena - w tej LE cienie pojedyncze kosztują 73 pln.


Produkt/Efekt/Działanie -


Barefoot - tarnished gold - wykończenie veluxe pearl


To bardzo dobry jakościowo cień. Ma kolor takiego lekko przybrudzonego złota. Świetnie wygląda solo - jedynie z czarną kreską.
Konsystencja jest bardzo maślana, cień zupełnie się nie pyli, świetnie aplikuje się na powiece i równie dobrze blenduje. ładnie rozświetla spojrzenie.
Na bazie trwa cały dzień.


Feeling Fresh - bright green - wykończenie frost

Jasna, maksymalnie świeża zieleń. U mnie ten kolor najlepiej sprawdza się na czarnej kredce, wtedy wygląda wręcz bajecznie, solo może świetnie służyć jaśniejszym typom urody. Osobiście szczególnie lubię go też w towarzystwie wibrującego fioletu, złota lub granatu.
Cień najłatwiej aplikuje się trochę twardszym, bardziej zbitym pędzelkiem, wciskając go najpierw w powiekę, a dopiero później rozcierając granice miękkim pędzelkiem. Nie jest wyjątkowo miękki, ale nie nastręcza problemów z aplikacją. Osypuje się w granicach normy.Dobrze się blenduje.
Na bazie i wodoodpornej kredce trwa cały dzień, pod warunkiem, że nie będziemy ruszać powiek, bo wtedy w miejscu dotknięcia  po pewnym czasie zdarzają mu się prześwity. Pod koniec dnia makijaż niestety wygląda już na trochę zmęczony, ale kolor cienia nie traci na intensywności.



Nautical Navy - navy blue - wykończenie - satin

piękny granat z opalizującym, jaśniejszym pyłkiem. Mimo przepięknego koloru, zdecydowanie najsłabszy cień z prezentowanej trójki.
Konsystencja jest bardziej sucha, cień pyli się i osypuje bardziej niż poprzednicy. Trochę trudniej jest zaaplikować go na powiekę równo i bez prześwitów /polecam również metodę z nieco twardszym pędzelkiem i wciskanie go w powiekę/, dlatego wymaga znacznie więcej pracy, ale efekt, który można osiągnąć jest naprawdę wart wysiłku.
 Podobnie jak Feeling Fresh u mnie najlepiej wygląda na czarnej kredce, która pomaga wydobyć jego głębię i to jak mieni się i opalizuje na powiece. Świetnie nadaje się do rozdymionego, wieczorowego makijażu.
Trwałość rekompensuje drobne trudności z aplikacją -  od rana do wieczora cień trwa na powiece  i nic się z nim nie dzieje.



Podsumowując - świeże, soczyste kolory - to w moim odczuciu bardzo dobrze charakteryzuje cienie z tej LE. Jakość jest być może trochę nierówna, ale moje osobiste doświadczenia z cieniami MAC pokazują, że jak się człowiek uprze i znajdzie sposób na te, które są trochę trudniejsze w obsłudze, może cieszyć się naprawdę fantastycznym makijażem. Tą kolekcję warto dokładniej obejrzeć, ponieważ pełna jest ciekawych i idealnych na nadchodzącą porę roku kolorów i rozwiązań. Dodatkowo jest bardzo bogata, więc nietrudno znaleźć w niej coś dla siebie.



m.m.

czwartek, 17 maja 2012

Recenzja - MAC LE Hey Sailor! - Pro Longwear Bronzing Powder oraz High-Light Powder

Dzisiaj recenzja produktów, bez których ja, od momentu w którym ich dotknęłam, obyć się nie potrafię - uwielbiam efekt, jaki dają na skórze i wręcz nie mogę doczekać się chwili ich aplikacji. Puder słoneczny /będę stosowała tą nazwę, ponieważ w moim odczuci bardziej odzwierciedla właściwości tego produktu/ Nude On Board i rozświetlacz Crew. Postanowiłam zrecenzować je razem, ponieważ znakomicie się uzupełniają i pozwalają na stworzenie doskonałego letniego makijażu. Tu znajdziecie więcej zdjęć obydwu produktów - Crew, Nude On Board



Rozświetlacz Crew


Opakowanie - 10g produktu. Różni się od standardowej MACowej puderniczki kolorem - w tym wypadku jest to granat, litery są złote. Nie zawiera lusterka, ani aplikatora. Kartonik utrzymany jest w klimacie kolekcji - wnętrze jest czerwone ;)


Produkt/Efekt/Działanie - puder składa się z trzech głównych części - lekko rozbielonej pomarańczy, ciepłego różu i najmniejszej - chłodnego lila. Pomiędzy paskami ciepły beż. Wydłubałam jedynie małą dziurkę w pomarańczowym pasku i z tego, co zauważyłam z całą pewnością kolory sięgają dosyć głęboko - nie miałam serca rujnować Crew większą ilością odwiertów.


Efekt, jaki rozświetlacz pozwala osiągnąć to ciepły, świetlisty róż. Nie jest to na pewno sensu stricto rożświetlacz, ale coś na granicy różu i rozświetlacza. Na mojej bardzo jasnej karnacji jest wyraźnie widoczny.


Aplikacja Crew to bajka. Produkt nie robi plam, pięknie rozciera się na policzkach nie tracą przy tym pigmentu. Nie jest możliwe, by zrobić sobie nim krzywdę.


Trwa na policzkach, bez względu na temperaturę, dobre 9 godzin. Później nieznacznie blednie, niemniej jednak nadal pozostaje po nim ślad.
Pyli się średnio, jest dosyć miękki. Bez problemu nabiera się na pędzel.

Pro Longwear Bronzing Powder Nude On Board


Opakowanie - zawiera 12g produktu. Granatowa puderniczka, złote litery i białe paski. Wewnątrz lusterko.



Produkt/Efekt/Działanie - pro longwear ma ciepły brązowy odcień z żółtymi podtonami i bardzo miałko zmielonymi złotymi drobinkami - w zasadzie złotym pyłem.


Efekt, kóry można nim osiągnąć zależy od ilości produktu. Nude On Board świetnie sprawdza się w roli bronzera do konturowania - wbrew pozorom i moim obawom wygląda świetnie zaaplikowany w ten sposób. Z tym, że jest ciepły. Jeżeli natomiast zostanie bardzo dobrze roztarty, tworzy na skórze delikatną poświatę, coś w rodzaju subtelnej tafli złotawego rozświetlenia. W ten sposób świetnie wygląda np. na dekolcie. Bardzo dobrze ociepla również twarz.


Pyli się podobnie jak Crew - średnio. Jest równie miękki i świetnie nabiera się na pędzel, z tym, że tu trzeba uważać, bo można z nim przesadzić. Jest bardzo dobrze napigmentowany. Zaletą jest wtedy możliwość roztarcia go do wspomnianej tafli.


Nude On Board jest naprawdę trwały. 9-10 godzin na mojej skórze bez uszczerbków, później podobnie jak Crew zaczyna lekko tracić na intensywności, ale widać, że był.



 Podsumowując - obydwa produkty znakomicie się uzupełniają. Mają kolory idealne na lato, są bardzo dobrze napigmentowane i naprawdę wyjątkowo trwałe.
Jeżeli kuszą Was chociaż trochę, polecam bliżej przyjrzeć się im w salonach marki. LE Hey Sailor! dostępna będzie jeszcze do końca maja i w czerwcu.
m.m.


p.s. pytanie do Was Kochane - w następnej kolejności macie ochotę przeczytać o cieniach, czy o produktach do ust z tej kolekcji?

poniedziałek, 14 maja 2012

Testuję - MAC Green Gel & Mineralize Charged Water Face and Body Lotion

Ponieważ kończy się kolejna butla mojego ukochanego żelu do twarzy Clinique i mój równie ukochany Moisture Surge /nie wiem dlaczego takie produkty zawsze dotykają dna hurtem/ a znowu znosi mnie na szerokie wody eksperymentów, podreptałam dzisiaj do MAC'a zrobić rekonesans. Kolorówkę marki /co zresztą widać/ bardzo sobie cenię, ciekawa jestem czy pielęgnację zacznę darzyć podobnym uczuciem. Do tej pory miałam jedynie Oil Control i muszę przyznać, że nawet go sobie chwaliłam.


niedziela, 13 maja 2012

Kolejny strzał kulą w płot, czyli kremowy żel pod prysznic Orange&Vanille Alterry

Z reguły nie recenzuję dla Was tego typu produktów. Wyjątek stanowią jedynie te, które czymś bardzo szczególnym wyróżniają się na tle reszty. W najbliższym czasie pojawi się żel z The Body Shop, a dzisiaj zapraszam na recenzję waniliowo - pomarańczowego żelu z Alterry.


You might also like:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...