niedziela, 10 listopada 2013
MAC Private Party
Świąteczne kolekcje MACa zawsze wzbudzają wiele emocji - wyjątkowe opakowania, ogromna różnorodność i bogactwo odcieni i wykończeń. Niestety przeraźliwy brak czasu pozwolił mi jak do tej pory jedynie na błyskawiczną wizytę w salonie, która zaowocowała poniższym błyszczydłem. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się wygospodarować dłuższą chwilę i przyjrzeć się jej bliżej zanim na każdym produkcie pojawi się napis 'sold out'.
Cremesheen to moje ulubione wykończenie MACowych błyszczyków. Private Party z LE Divine Night było więc oczywistym zakupem, ponieważ kolor śliwkowego fioletu z delikatnym shimmerem w tej formule jest jak najbardziej mój. Kusi mnie jeszcze You've Got It, ale zwyczajnie nie mam chwili, by przyjrzeć się mu bliżej ;)
Na temat Private Party trudno powiedzieć cokolwiek negatywnego. Błyszczyk ma piękny kolor, gładko sunie po ustach, pokrywa je równomiernie i bez prześwitów, no i pięknie pachnie wanilią. Pojemność to 2,7g, czyli o 0,3 więcej niż kolekcja regularna. Opakowanie typowo MACowe - jedyna różnica to złota czcionka i lekko matowiona zakrętka. Aplikator Cremesheen Glass'ów to niesprawiająca problemów gąbka.Konsystencja jest ideałem - błyszczyk kompletnie się nie klei, a przy tym jest przyjemnie kremowy. Nie wysusza ust, zapewnia subtelny, delikatny efekt.
piątek, 8 listopada 2013
MAC Hi-Def Cyan oraz Dior Constellation
Niemalże dwa miesiące temu prezentowałam Wam swój ogromny jesienny zachwyt - paletę Constallation z LE Mystic Metallics Diora. Dużo czasu musiało minąć, zanim przełamałam się i w końcu odważyłam się ją naruszyć. Tak jak się spodziewałam cienie okazały się bajeczne. Mają delikatną, lekko kremową konsystencję, pięknie się blendują, bez problemu można budować nasycenie i efekt makijażu. Paleta stwarza morze możliwości. Dzisiaj pokaże Wam ją w duecie z kredką, którą od pierwszej chwili widziałam właśnie w takim zestawieniu. Roztartą fioletem na tle fiołkowej szarości. Makijaż jest banalnie prosty, ale muszę przyznać, że to właśnie na niego mam teraz najczęściej ochotę. Uwielbiam jego niejednoznaczność, to, że tak naprawdę do końca nie wiadomo - czy to fiolet, czy granat, czy może coś jeszcze innego.
Kredka Hi-Def Cyan to typowy MACowy Chromagrafic Pencil. Kremowa konsystencja, idealna twardość pozwalająca na precyzyjne zaznaczenie rzęs, bądź roztarcie cieniem i ten odcień - coś na pograniczu niebieskości z elementem morskiej zieleni... Kredka jest wydajna, z ostrzeniem nie ma problemu - nie kruszy się i nie łamie. Nie zaobserwowałam odbijania, czy rozmazywania się jej nawet po całym dniu na oku.Kredka pochodzi z LE marki powstałej we współpracy z legendarnym charakteryzatorem Rickiem Baker'em i jest jeszcze dostępna online
Bazą jest tu oczywiście Paint Pot - w tym przypadku Pro Longwear Let's Skate. Ten średnio zachwycający tusz to DiorShow Extase, o którym niebawem.
![]() |
| Dodaj napis |
![]() |
czwartek, 7 listopada 2013
YSL Rouge Pur Couture - Vernis à lèvres - no. 3 Brun Cachemire
Jestem zdecydowaną amatorką mocnego makijażu oczu. Lubuję się w ciężkich, przydymionych i bardzo nasyconych odcieniach na powiekach, dlatego też najczęściej sięgam po neutralne pomadki i błyszczyki. Sporadycznie jednak mam ochotę na mocniejszy akcent, a potrzeba ciągłych eksperymentów pcha mnie w zaskakujących kierunkach. Na lakier do ust od YSL ochotę miałam już od dłuższego czasu. Dwie pierwsze próby skończyły się dramatycznym wręcz przesuszeniem ust i nie wiedzieć czemu właśnie wtedy się nie poddałam. Kolejnym razem było już lepiej i oto w mojej torbie pojawił się Rouge Pur Couture w odcieniu 03.
Producent - Nigdy więcej kompromisów! Kosmetyk ten łączy w sobie trwałość konturówki, intensywność koloru pomadki i blask błyszczyka. Rewolucyjna formuła z etylocelulozą i pielęgnującymi olejkami oraz trwałymi pigmentami sprawia, że usta są niesamowicie gładkie i piękne przez wiele godzin.
Opakowanie - czarno-złote, może uchodzić za eleganckie. Ostro zakończony aplikator pozwala na precyzyjne nałożenie produktu na usta i dotarcie do kącików. Lakier nie wylewa się w nadmiarze, ogranicznik dozuje idealną ilość.
Produkt - sam lakier ma konsystencję wodno-żelową. Nie jest tak kremowy jak np. nowe lakiery Estee Lauder. Początkowe wrażenie na ustach jest inne niż w przypadku dotychczas stosowanych przeze mnie błyszczyków. Po chwili błyszczyk zastyga delikatnie ściągając skórę i pozostawiając na ustach lekki połysk. Ulatnia się również zapach, który w pierwszej chwili kojarzy się wyjątkowo alkoholowo - z winem, bądź domową nalewką.
Niestety już na początku pojawiają się trudności, ponieważ lakier trudno jest rozprowadzić na ustach równomiernie i bez prześwitów. W zasadzie jedynie pojedyncza warstwa, która nie zapewnia krycia, ani nasycenia koloru aplikuje się ładnie, kolejne pociągnięcia aplikatora ściągają ją i lekko kluszczą.
Trwałość tego lakieru na moich ustach jest praktycznie żadna. Zjadam go podczas zwyczajnej rozmowy w mniej więcej godzinę. Niestety ten lakier zjada się w bardzo brzydki sposób, ponieważ zbiera się w nieestetyczne gumowate kluski, kóre na domiar złego zasychają. Widok mało ciekawy niestety.
Co do wspomnianego wcześniej przesuszania - używam tego lakieru regularnie od mniej więcej trzech tygodni i nie odnotowałam jakiegoś wzmożonego spierzchnięcia. Bywa, że moje usta są lekko przesuszone, ale nie jest to katastrofalne stadium.
Rzeczą na kórą chciałabym Was szczególnie uczulić jest staranny dobór odcienia lakieru. Niestety Rouge Pur Couture bardzo utleniają się na ustach zmieniając kolor diametralnie. 3 na którą się zdecydowałam w pierwszej chwili była pięknym zgaszonym, herbacianym fioletem, jakby lekko mleczną śliwką /kolor, który mnie urzekła mniej więcej oddaje lakier widoczny na aplikatorze/. Po kilkunastu minutach na ustach okazuje się być rudawym brązem, w którym ani dobrze nie wyglądam, ani się nie czuję. Na swatchach usiłowałam wyłapać dla Was tą różnicę.
Podsumowując - łączy mnie z Rouge Pur Couture trudna relacja. Z jednej strony patrzę w jego stronę niechętnie i po prostu zużywam w pracy, gdzie zależy mi na intensywnym odcieniu ust, jestem w stanie przeboleć ten brąz i mogę poprawiać się co 30 minut, z drugiej mam dziwną i nieuzasadnioną niczym ochotę na więcej odcieni - być może znajdę taki, który będzie trafiony w 100% i pokocham lakier YSL tak, jak chciałam go pokochać?
Producent - Nigdy więcej kompromisów! Kosmetyk ten łączy w sobie trwałość konturówki, intensywność koloru pomadki i blask błyszczyka. Rewolucyjna formuła z etylocelulozą i pielęgnującymi olejkami oraz trwałymi pigmentami sprawia, że usta są niesamowicie gładkie i piękne przez wiele godzin.
Opakowanie - czarno-złote, może uchodzić za eleganckie. Ostro zakończony aplikator pozwala na precyzyjne nałożenie produktu na usta i dotarcie do kącików. Lakier nie wylewa się w nadmiarze, ogranicznik dozuje idealną ilość.
Produkt - sam lakier ma konsystencję wodno-żelową. Nie jest tak kremowy jak np. nowe lakiery Estee Lauder. Początkowe wrażenie na ustach jest inne niż w przypadku dotychczas stosowanych przeze mnie błyszczyków. Po chwili błyszczyk zastyga delikatnie ściągając skórę i pozostawiając na ustach lekki połysk. Ulatnia się również zapach, który w pierwszej chwili kojarzy się wyjątkowo alkoholowo - z winem, bądź domową nalewką.
Niestety już na początku pojawiają się trudności, ponieważ lakier trudno jest rozprowadzić na ustach równomiernie i bez prześwitów. W zasadzie jedynie pojedyncza warstwa, która nie zapewnia krycia, ani nasycenia koloru aplikuje się ładnie, kolejne pociągnięcia aplikatora ściągają ją i lekko kluszczą.
Trwałość tego lakieru na moich ustach jest praktycznie żadna. Zjadam go podczas zwyczajnej rozmowy w mniej więcej godzinę. Niestety ten lakier zjada się w bardzo brzydki sposób, ponieważ zbiera się w nieestetyczne gumowate kluski, kóre na domiar złego zasychają. Widok mało ciekawy niestety.
Co do wspomnianego wcześniej przesuszania - używam tego lakieru regularnie od mniej więcej trzech tygodni i nie odnotowałam jakiegoś wzmożonego spierzchnięcia. Bywa, że moje usta są lekko przesuszone, ale nie jest to katastrofalne stadium.
Rzeczą na kórą chciałabym Was szczególnie uczulić jest staranny dobór odcienia lakieru. Niestety Rouge Pur Couture bardzo utleniają się na ustach zmieniając kolor diametralnie. 3 na którą się zdecydowałam w pierwszej chwili była pięknym zgaszonym, herbacianym fioletem, jakby lekko mleczną śliwką /kolor, który mnie urzekła mniej więcej oddaje lakier widoczny na aplikatorze/. Po kilkunastu minutach na ustach okazuje się być rudawym brązem, w którym ani dobrze nie wyglądam, ani się nie czuję. Na swatchach usiłowałam wyłapać dla Was tą różnicę.
środkowy swatch jest najświeższy, ten ostatni powstał jako pierwszy
Podsumowując - łączy mnie z Rouge Pur Couture trudna relacja. Z jednej strony patrzę w jego stronę niechętnie i po prostu zużywam w pracy, gdzie zależy mi na intensywnym odcieniu ust, jestem w stanie przeboleć ten brąz i mogę poprawiać się co 30 minut, z drugiej mam dziwną i nieuzasadnioną niczym ochotę na więcej odcieni - być może znajdę taki, który będzie trafiony w 100% i pokocham lakier YSL tak, jak chciałam go pokochać?
środa, 6 listopada 2013
Clinique Superdefense CC Cream - colour correcting skin protector vs. BB Cream
Z CC od Clinique zdążyłam się już mocno zaprzyjaźnić. Gości w mojej kosmetyczce od wiosny, był ze mną w trakcie wakacji, jest teraz - jesienią. Miałam okazję testować go w różnych, zmiennych okolicznościach i sprawdzić jego właściwości w zależności od sposobu zastosowania. Dzisiaj czas na obszerniejszą recenzję.
Producent - Jeden krok do promiennego blasku: produkt nawilża, wygładza i chroni. Lekka formuła natychmiast poprawia koloryt skóry. Matowa, szara cera staje się jaśniejsza i rozświetlona. Ziemista, żółta - promienieje, a zaczerwienione plamy ulegają redukcji. Niedoskonałości są natychmiast korygowane, dzięki czemu twarz zyskuje nieskazitelny wygląd. Beztłuszczowa formuła nawilżająca oraz ochrona przeciwsłoneczna sprawiają, że skóra na długo zachowuje zdrowy wygląd.
Opakowanie - klasyczne, typowe dla marki. Zielona, miękka tubka, srebrna zakrętka. Prosty przekaz, kojarzący się w pielęgnacyjną funkcją produktu. Tubka zakończona w sposób pozwalający na wydobycie idealnej ilości kremu. Pojemność 40ml.
Produkt - CC ma bogatą, kremową konsystencję. Odcień Light to ładny beż bez wyraźnych domieszek żółci, czy różu. Rozprowadza się na skórze bardzo dobrze, nie zastyga, nie robi plam, ani placków.
Nie podkreśla suchych skórek. W porównaniu do BB tej samej marki /recenzja - KLIK!!!/ CC zdaje się być jakby lekko przezroczysty, BB jest bardziej mleczny, co w moim odczuciu ma bezpośrednie przełożenie na krycie.
CC pięknie ujednolica cerę, świetnie niweluje zaczerwienienia, przebarwienia, radzi sobie ze skórą zmęczoną, czy podrażnioną. Nie zamaskuje jednak rozszerzonych porów, czy widocznych, sporych niedoskonałości. Ma za zadanie wyrównywać kolor skóry i to robi znakomicie. BB kryciem jest bardziej zblizony do lekkiego podkładu. CC przypomina mi trochę DayWear Sheer Tint od Estee Lauder. Jest maskujący, ale jakby przezroczysty - struktura skóry pozostaje widoczna, zniwelowane zaś nierówności koloru. CC ma również odrobinę lżejszą konsystencję, niż porównywany z nim w tym miejscu BB.
CC sprawdza się noszony solo, np. w weekendy, ale moim ulubionym zastosowaniem tego produktu jest użycie go jako bazy pod podkład. CC świetnie radzi sobie ze wstępną korekcją koloru cery, ponadto rewelacyjnie nawilża i pozytywnie wpływa na trwałość i stan makijażu. Zdarza mi się również mieszać go z cięższymi podkładami, by uzyskać bardziej naturalny efekt.
Plusem jest wysoki filtr, który u mnie latem okazał się naprawdę wystarczający, mimo bardzo jasnej cery.
CC od Clinique nie matowi skóry, pozostawia naturalne, lekko satynowe wykończenie. Nie podkreśla niedoskonałości. Lekko rozpromienia skórę, nadając jej przyjemny, świeży i świetlisty wygląd. Twarz wygląda ma wypoczętą.
Podsumowując - polecam przyjrzeć się mu bliżej. To produkt, który może zainteresować te z Was, które borykają się z przebarwieniami, zaczerwienieniami, czy bliznami. Skóra jest ładna i świeża, a sam krem dobrze nawilża i jest bardzo wydajny. Ma ciut inne zastosowanie, niż proponowany przez markę BB, ale jakością obydwa wybijają się ponad perfumeryjną średnią.
Pełną recenzję BB od Clinique znajdziecie pod tym linkiem - KLIK!!!
Producent - Jeden krok do promiennego blasku: produkt nawilża, wygładza i chroni. Lekka formuła natychmiast poprawia koloryt skóry. Matowa, szara cera staje się jaśniejsza i rozświetlona. Ziemista, żółta - promienieje, a zaczerwienione plamy ulegają redukcji. Niedoskonałości są natychmiast korygowane, dzięki czemu twarz zyskuje nieskazitelny wygląd. Beztłuszczowa formuła nawilżająca oraz ochrona przeciwsłoneczna sprawiają, że skóra na długo zachowuje zdrowy wygląd.
Opakowanie - klasyczne, typowe dla marki. Zielona, miękka tubka, srebrna zakrętka. Prosty przekaz, kojarzący się w pielęgnacyjną funkcją produktu. Tubka zakończona w sposób pozwalający na wydobycie idealnej ilości kremu. Pojemność 40ml.
Produkt - CC ma bogatą, kremową konsystencję. Odcień Light to ładny beż bez wyraźnych domieszek żółci, czy różu. Rozprowadza się na skórze bardzo dobrze, nie zastyga, nie robi plam, ani placków.
Nie podkreśla suchych skórek. W porównaniu do BB tej samej marki /recenzja - KLIK!!!/ CC zdaje się być jakby lekko przezroczysty, BB jest bardziej mleczny, co w moim odczuciu ma bezpośrednie przełożenie na krycie.
![]() |
| po lewej BB Cream, po prawej CC |
![]() |
| powyżej CC Cream, poniżej BB |
CC pięknie ujednolica cerę, świetnie niweluje zaczerwienienia, przebarwienia, radzi sobie ze skórą zmęczoną, czy podrażnioną. Nie zamaskuje jednak rozszerzonych porów, czy widocznych, sporych niedoskonałości. Ma za zadanie wyrównywać kolor skóry i to robi znakomicie. BB kryciem jest bardziej zblizony do lekkiego podkładu. CC przypomina mi trochę DayWear Sheer Tint od Estee Lauder. Jest maskujący, ale jakby przezroczysty - struktura skóry pozostaje widoczna, zniwelowane zaś nierówności koloru. CC ma również odrobinę lżejszą konsystencję, niż porównywany z nim w tym miejscu BB.
CC sprawdza się noszony solo, np. w weekendy, ale moim ulubionym zastosowaniem tego produktu jest użycie go jako bazy pod podkład. CC świetnie radzi sobie ze wstępną korekcją koloru cery, ponadto rewelacyjnie nawilża i pozytywnie wpływa na trwałość i stan makijażu. Zdarza mi się również mieszać go z cięższymi podkładami, by uzyskać bardziej naturalny efekt.
Plusem jest wysoki filtr, który u mnie latem okazał się naprawdę wystarczający, mimo bardzo jasnej cery.
CC od Clinique nie matowi skóry, pozostawia naturalne, lekko satynowe wykończenie. Nie podkreśla niedoskonałości. Lekko rozpromienia skórę, nadając jej przyjemny, świeży i świetlisty wygląd. Twarz wygląda ma wypoczętą.
![]() |
| reżyserka planu - ostatnie poprawki ;) |
Podsumowując - polecam przyjrzeć się mu bliżej. To produkt, który może zainteresować te z Was, które borykają się z przebarwieniami, zaczerwienieniami, czy bliznami. Skóra jest ładna i świeża, a sam krem dobrze nawilża i jest bardzo wydajny. Ma ciut inne zastosowanie, niż proponowany przez markę BB, ale jakością obydwa wybijają się ponad perfumeryjną średnią.
Pełną recenzję BB od Clinique znajdziecie pod tym linkiem - KLIK!!!
niedziela, 3 listopada 2013
Aktualna pielęgnacja - starzy przyjaciele i nowi znajomi
Dzisiaj trochę na temat aktualnej pielęgnacji mojej cery.Sporo wśród tych produktów takich, które są już sprawdzone i odpowiadają mojej skórze. Sprawiają, że mimo swojej kapryśności i wysokich wymagań funkcjonuje prawidłowo. Jest też kilka nowości, na których pełną recenzję przyjdzie jeszcze czas.
Doszłam już do takiego etapu i wieku, że właściwa pielęgnacja to fundamentalny warunek właściwego funkcjonowania mojej skóry. Rozpieszczam ją, dogadzam, bacznie obserwuję i staram się natychmiast reagować na jej aktualne potrzeby. Nie żałuję jej dobrych produktów, wiem, że w tych najlepszych ukryte są najwyższej jakości składniki, a i ich wydajność w porównaniu z pielęgnacją drogeryjną zostawia ją daleko w tyle.
Program, jak opracowałam dla mojej skóry opiera się na bardzo intensywnej pielęgnacji nocnej i mocnym nawilżaniu w dzień. Podczas snu, kiedy cera najsilniej się regeneruje stawiam na działanie odżywcze i przeciwstarzeniowe. W dzień, pod makijaż potrzebuję produktu utralekkiego, który zapewni skórze niezbędną ilość wody, a ja nie będę musiała martwić się o świeżość i trwałość makijażu.
Oczyszczanie -
Sensai Kanebo - Silky Purifying Foaming Facial Wash - Step 2
Japoński rytuał oczyszczania to wieloetapowy, staranny i bardzo przemyślany proces, stanowiący o tajemnicy idealnej skóry Azjatek. Pianka jest jego drugim - po demakijażu - etapem. Ma delikatny, przyjemny zapach i konsystencję gęstej bitej śmietany. Oczyszcza skórę dokładnie, ale w bardzo delikatny sposób. Nie powoduje przesuszeń, nie potęguje uczucia ściągnięcia. Jest bardzo wydajna. Jedyny jej mankament to fakt, że wymaga skóry naprawdę bardzo dobrze oczyszczonej podczas demakijażu, ponieważ z resztkami produktów zwyczajnie sobie nie radzi. Poranne oczyszczanie przy jej pomocy jest równie skomplikowane, ponieważ by pianka spełniła swoje zadanie dobrze jest wcześniej przetrzeć twarz płynem micelarnym. Lubię się z tym produktem głównie ze względu na jego delikatność i łagodność, ale szczerze wątpię, bym zdecydowała się na niego ponownie. Po skończeniu opakowania powrócę zapewne do pianki z Estee, Green Gel'u z MAC, bądź żelu z Clinique - to moi faworyci w tym temacie i jak dotąd nic tego nie zmieniło.
Lotion Złuszczający Clinique - 4
Moje absolutne must have. Od ponad 6 lat wiernie trwa na mojej półce i nie zamienię go na żaden inny. Każda próba kombinacji kończyła się fiaskiem. Skóra jest idealnie oczyszczona, odświeżona i gotowa na kolejne produkty. Jak widać stosuję najmocniejszą wersję i wbrew pozorom to właśnie ona służy mi najlepiej, ponieważ ryzyko niespodzianek minimalizuję w zasadzie całkowicie. Ponadto jest piekielnie wydajny - dużą butlę kupuję dwa, czasami trzy razy w roku przy codziennym, dwukrotnym stosowaniu. Nie wymyślono nic lepszego.
Sera i koncentraty
Auriga - Flavo C
Szerszą recenzję tego serum - znowu mocniejszej wersji znajdziecie tu - KLIK!!!
W teorii produkt silnie przeciwstarzeniowy, w praktyce jedyne takie serum idealnie poprawiające stan skóry. Spłyca pory, niweluje zaskórniki i zanieczyszczenia, wygładza. Świetne i godne polecenia. Niestety mało wydajne. Mimo to również stale obecne na mojej półce.
Clinique - Even Better Clinical
Kolejny produkt regularnie obecny na mojej półce. Jesień to u mnie walka z przebarwieniami, a najskuteczniej jak dotąd radzi sobie z nimi właśnie koncentrat z Clinique. To najwyższe dostępne na rynku stężenie substancji aktywnych ukierunkowanych na walkę z przebarwieniami. Jest skuteczne, jest wydajne. Co więcej, Even Better kilku uporczywych przebarwień pozbawił mnie trwale. Z jednym nawracającym po każdym lecie i nowymi nabytkami walczę właśnie za pomocą tego koncentratu. Nie zapycha skóry, likwiduje przebarwienia posłoneczne, blizny potrądzikowe i plamy powstające z wiekiem.
Pielęgnacja skóry wokół oczu
Estee Lauder Advanced Night Repair Eye Serum Infusion
Spróbowałam i pokochałam. Lekka konsystencja serum, które wchłania się błyskawicznie, wspaniale nawilża, wygładza i widocznie odmładza skórę. Świetnie współpracuje z kremami, nie obciąża, nie roluje się i nie warzy. Ma tak silne działanie, że na dobrą sprawę mogłoby być stosowane samodzielnie. Pompka dozuje idealną ilość produktu, a formuła sprawia, że serum ANR jest bardzo wydajne. Stosuję go rano i wieczorem. Nie podrażnia, wręcz koi. Produkt z całą pewnością do powtórzenia.
Estee Lauder Resilience Lift
Krem 'w spadku', ponieważ moja mama, która generalnie tak jak ja, bardzo ceni pielęgnację tej marki, akurat z tym kremem nie miała po drodze. To intensywnie odżywcza formuła, u mnie bardziej na zasadzie kuracyjnej, jednorazowej. Mimo to naprawdę polubiłam się z tym kremem. Jego konsystencja to bajka, zwłaszcza teraz w okresie jesienno-zimowym. Resilience Lift to bardzo bogate, treściwe masełko, które zapewnia skórze maksimum komfortu. Moim odwiecznym problemem w okolicy oczu jest mocno przesuszona skóra - ten krem w połączeniu z serum całkowicie eliminuje problem, przy okazji bardzo ładnie napina i wygładza skórę.
Clinique Even Better Eyes Dark Circle Corrector
Stosowany przeze mnie na dzień fantastycznie chłodzi skórę dzięki tytanowej końcówce przy okazji bardzo ładnie przygotowując ją na przyjęcie mocniej kryjącego korektora. Ma lekką konsystencję, szybko się wchłania, nie powoduje rolowania korektora. Jego cielista barwa pomaga wstępnie ukryć moje pogłębiające się cienie powodowane przez niedostateczną ilość snu, pracę w dziwnych godzinach, pobudki o nieprzyzwoitej porze i potworne zmęczenie. Bardzo lubię ten produkt, to już druga tubka i z całą pewnością nie ostatnia.
Pielęgnacja cery
Estee Lauder Revitalizing Supreme
Kocham ten krem. Szerzej pisałam o nim tu - KLIK!!! Kończę czwarty, albo piąty słoik, a kolejny już czeka. Nie zamienię na żaden inny. Napina, poprawia jakość skóry, nawilża, rozświetla i robi wszystko, co tylko idealny krem przeciwstarzeniowy robić powinien. Dodatkowo ma bajeczną - treściwą konsystencję, ładnie się wchłania, zapewnia skórze komfort i przyjemną gładkość. Skutecznie pomaga zwalczyć oznaki zmęczenia, zszarzenia i całą resztę bonusów wynikających z chronicznego niedospania i pracy w klimatyzacji. Dla trzydziestolatek strzał w dziesiątkę.
MAC Mineralize Charged Water Moisture Gel
Zakup na próbę. Po wykończeniu kolejnego słoika Clinique Moisture Surge pokusiło mnie o zmianę. Żel ma bardzo lekką konsystencję, świetnie się wchłania, ale pozostawia chwilę na przyjemny poranny masaż twarzy. Wydajny. Bardzo dobrze spisuje się jako produkt pod podkład. Doskonale nawilża i zapewnia komfort. Nie zapycha, nie potęguje świecenia. Skład przyjazny, pozbawiony parafiny z którą ja osobiście bardzo się nie lubię. Produkt z pewnością do powtórzenia, szersza recenzja wkrótce.
Doszłam już do takiego etapu i wieku, że właściwa pielęgnacja to fundamentalny warunek właściwego funkcjonowania mojej skóry. Rozpieszczam ją, dogadzam, bacznie obserwuję i staram się natychmiast reagować na jej aktualne potrzeby. Nie żałuję jej dobrych produktów, wiem, że w tych najlepszych ukryte są najwyższej jakości składniki, a i ich wydajność w porównaniu z pielęgnacją drogeryjną zostawia ją daleko w tyle.
Program, jak opracowałam dla mojej skóry opiera się na bardzo intensywnej pielęgnacji nocnej i mocnym nawilżaniu w dzień. Podczas snu, kiedy cera najsilniej się regeneruje stawiam na działanie odżywcze i przeciwstarzeniowe. W dzień, pod makijaż potrzebuję produktu utralekkiego, który zapewni skórze niezbędną ilość wody, a ja nie będę musiała martwić się o świeżość i trwałość makijażu.
Oczyszczanie -
Sensai Kanebo - Silky Purifying Foaming Facial Wash - Step 2
Japoński rytuał oczyszczania to wieloetapowy, staranny i bardzo przemyślany proces, stanowiący o tajemnicy idealnej skóry Azjatek. Pianka jest jego drugim - po demakijażu - etapem. Ma delikatny, przyjemny zapach i konsystencję gęstej bitej śmietany. Oczyszcza skórę dokładnie, ale w bardzo delikatny sposób. Nie powoduje przesuszeń, nie potęguje uczucia ściągnięcia. Jest bardzo wydajna. Jedyny jej mankament to fakt, że wymaga skóry naprawdę bardzo dobrze oczyszczonej podczas demakijażu, ponieważ z resztkami produktów zwyczajnie sobie nie radzi. Poranne oczyszczanie przy jej pomocy jest równie skomplikowane, ponieważ by pianka spełniła swoje zadanie dobrze jest wcześniej przetrzeć twarz płynem micelarnym. Lubię się z tym produktem głównie ze względu na jego delikatność i łagodność, ale szczerze wątpię, bym zdecydowała się na niego ponownie. Po skończeniu opakowania powrócę zapewne do pianki z Estee, Green Gel'u z MAC, bądź żelu z Clinique - to moi faworyci w tym temacie i jak dotąd nic tego nie zmieniło.
Lotion Złuszczający Clinique - 4
Moje absolutne must have. Od ponad 6 lat wiernie trwa na mojej półce i nie zamienię go na żaden inny. Każda próba kombinacji kończyła się fiaskiem. Skóra jest idealnie oczyszczona, odświeżona i gotowa na kolejne produkty. Jak widać stosuję najmocniejszą wersję i wbrew pozorom to właśnie ona służy mi najlepiej, ponieważ ryzyko niespodzianek minimalizuję w zasadzie całkowicie. Ponadto jest piekielnie wydajny - dużą butlę kupuję dwa, czasami trzy razy w roku przy codziennym, dwukrotnym stosowaniu. Nie wymyślono nic lepszego.
Sera i koncentraty
Auriga - Flavo C
Szerszą recenzję tego serum - znowu mocniejszej wersji znajdziecie tu - KLIK!!!
W teorii produkt silnie przeciwstarzeniowy, w praktyce jedyne takie serum idealnie poprawiające stan skóry. Spłyca pory, niweluje zaskórniki i zanieczyszczenia, wygładza. Świetne i godne polecenia. Niestety mało wydajne. Mimo to również stale obecne na mojej półce.
Clinique - Even Better Clinical
Kolejny produkt regularnie obecny na mojej półce. Jesień to u mnie walka z przebarwieniami, a najskuteczniej jak dotąd radzi sobie z nimi właśnie koncentrat z Clinique. To najwyższe dostępne na rynku stężenie substancji aktywnych ukierunkowanych na walkę z przebarwieniami. Jest skuteczne, jest wydajne. Co więcej, Even Better kilku uporczywych przebarwień pozbawił mnie trwale. Z jednym nawracającym po każdym lecie i nowymi nabytkami walczę właśnie za pomocą tego koncentratu. Nie zapycha skóry, likwiduje przebarwienia posłoneczne, blizny potrądzikowe i plamy powstające z wiekiem.
Pielęgnacja skóry wokół oczu
Estee Lauder Advanced Night Repair Eye Serum Infusion
Spróbowałam i pokochałam. Lekka konsystencja serum, które wchłania się błyskawicznie, wspaniale nawilża, wygładza i widocznie odmładza skórę. Świetnie współpracuje z kremami, nie obciąża, nie roluje się i nie warzy. Ma tak silne działanie, że na dobrą sprawę mogłoby być stosowane samodzielnie. Pompka dozuje idealną ilość produktu, a formuła sprawia, że serum ANR jest bardzo wydajne. Stosuję go rano i wieczorem. Nie podrażnia, wręcz koi. Produkt z całą pewnością do powtórzenia.
Estee Lauder Resilience Lift
Krem 'w spadku', ponieważ moja mama, która generalnie tak jak ja, bardzo ceni pielęgnację tej marki, akurat z tym kremem nie miała po drodze. To intensywnie odżywcza formuła, u mnie bardziej na zasadzie kuracyjnej, jednorazowej. Mimo to naprawdę polubiłam się z tym kremem. Jego konsystencja to bajka, zwłaszcza teraz w okresie jesienno-zimowym. Resilience Lift to bardzo bogate, treściwe masełko, które zapewnia skórze maksimum komfortu. Moim odwiecznym problemem w okolicy oczu jest mocno przesuszona skóra - ten krem w połączeniu z serum całkowicie eliminuje problem, przy okazji bardzo ładnie napina i wygładza skórę.
Clinique Even Better Eyes Dark Circle Corrector
Stosowany przeze mnie na dzień fantastycznie chłodzi skórę dzięki tytanowej końcówce przy okazji bardzo ładnie przygotowując ją na przyjęcie mocniej kryjącego korektora. Ma lekką konsystencję, szybko się wchłania, nie powoduje rolowania korektora. Jego cielista barwa pomaga wstępnie ukryć moje pogłębiające się cienie powodowane przez niedostateczną ilość snu, pracę w dziwnych godzinach, pobudki o nieprzyzwoitej porze i potworne zmęczenie. Bardzo lubię ten produkt, to już druga tubka i z całą pewnością nie ostatnia.
Pielęgnacja cery
Estee Lauder Revitalizing Supreme
Kocham ten krem. Szerzej pisałam o nim tu - KLIK!!! Kończę czwarty, albo piąty słoik, a kolejny już czeka. Nie zamienię na żaden inny. Napina, poprawia jakość skóry, nawilża, rozświetla i robi wszystko, co tylko idealny krem przeciwstarzeniowy robić powinien. Dodatkowo ma bajeczną - treściwą konsystencję, ładnie się wchłania, zapewnia skórze komfort i przyjemną gładkość. Skutecznie pomaga zwalczyć oznaki zmęczenia, zszarzenia i całą resztę bonusów wynikających z chronicznego niedospania i pracy w klimatyzacji. Dla trzydziestolatek strzał w dziesiątkę.
MAC Mineralize Charged Water Moisture Gel
Zakup na próbę. Po wykończeniu kolejnego słoika Clinique Moisture Surge pokusiło mnie o zmianę. Żel ma bardzo lekką konsystencję, świetnie się wchłania, ale pozostawia chwilę na przyjemny poranny masaż twarzy. Wydajny. Bardzo dobrze spisuje się jako produkt pod podkład. Doskonale nawilża i zapewnia komfort. Nie zapycha, nie potęguje świecenia. Skład przyjazny, pozbawiony parafiny z którą ja osobiście bardzo się nie lubię. Produkt z pewnością do powtórzenia, szersza recenzja wkrótce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































