sobota, 31 sierpnia 2013

bez szału - dr. brandt - dark circles away - collagen eye serum

Wygląda na to, że sierpień obfitował będzie na blogu w recenzje delikatnie mówiąc 'mało pozytywne'. Przed Wami bowiem kolejny produkt, który, w moim odczuciu, spokojnie można podczas zakupów pominąć . W większości moje negatywne nastawienie do opisywanych w tym miesiącu produktów, wynika z prostej relacji efekt, działanie vs. cena. Może gdyby były one znacznie bardziej przystępne cenowo, byłabym w stanie więcej im wybaczyć i mniej od nich oczekiwać. Trudno jednak pominąć milczeniem średnie, bądź wręcz kiepskie działanie kosmetyku pod oczy, za który producent śpiewa sobie w regularnej ofercie ca. 300pln.
Wspomniane w tytule serum pod oczy było częścią zestawu z mikrodermabrazją, za który podczas wyprzedaży w Sephorze zapłaciłam mniej więcej 130pln. Spróbowałam, nie żałuję, ale nie mogę powiedzieć, by którykolwiek z produktów będących częścią tego setu wywołał u mnie niepohamowaną miłość do marki i chęc powtórnych zakupów. O gwieździe zestawu, czyli mikrodermabrazji kiedy indziej - dzisiaj skupiamy się na dark cicrcles away.


Producent - Dark Circles Away Collagen Eye Serum zmniejsza efekt zmęczonych oczu, natychmiastowo poprawiając rozświetlenie i blask skóry wokół oczu. Dark Circles Away Collagen Eye Serum walczy z 3 największymi problemami okolicy oka. Stymulując mikrokrążenie i redukując uszkodzenia wywołane procesem zapalnym, serum pomaga rozjaśnić skórę pod oczami. Drenaż nadmiaru płynów zmniejsza opuchnięcia, a rozbijanie złogów tłuszczu pomaga walczyć z workami pod oczami. Skóra staje się mocniejsza i mniej transparentna, a okolice oczu nawilżone i wyraźnie lepiej wyglądające. 


W moim rytuale pielęgnacyjnym produkt pielęgnujący okolice oczu 'w kulce' jest niezbędny. Stanowi uzupełnienie kremów i o poranku jest jedyną rzeczą, która otwiera moje oczy. Po prostu muszę mieć coś takiego w lodówce, czy na półce ponieważ mam bardzo dużą tendencję do obrzęków i zasinień i pominięcie tego kroku skutkowałoby tym, że cały dzień chodziłabym z opuchniętymi oczami. 
 



Opakowanie produktu to długa, plastikowa, nieprzezroczysta buteleczka zakończona pompką z metalową kulką. Po naciśnięciu pompki na zewnątrz wydobywa się niezrozumiała dla mnie ilość produktu. Trzeba przyzwyczaić się do bardzo delikatnego wydobywania go na aplikator, ponieważ w przeciwnym razie ilością, która wydostanie się z opakowania będziemy w stanie obdzielić pułk wojska. 



Serum ma postać rzadkiej emulsji w lekko beżowym odcieniu. Kulka ma przyjemne chłodzące działanie. I to byłoby na tyle, jesli chodzi o zalety tego produktu. Serum, jeżeli nie zostanie precyzyjnie wklepane, pozostawia wyraźne smugi. Roluje się i odznacza. Nie odczułam wyraźnego polepszenia kondycji skóry wokół oczu. Nie została ona lepiej nawilżona, ani bardziej napięta. Nie mówiąc już nawet o jakimkolwiek pozytywnym wpływie tego serum na moje zasinienia, które jakie były, takie i pozostały. Nie są genetyczne, a ich powodem jest stres, zmęczenie i niewystarczająca ilość snu, więc skuteczny produkt powinien bez problemu poradzić sobie z nimi. Ten, poza wspomnianym przyjemnym chłodzeniem nie robi praktycznie nic.  



Podsumowując - ot, gadżet. Zupełnie zbędny i niepotrzebny, ponieważ znacznie lepszy efekt osiągam za pomocą Clinique All About Eyes w kulce, który dodatkowo jeszcze poprawia komfort mojej skóry, a jest o ponad połowę tańszy i ma znacznie bardziej przyjazną użytkownikowi formułę i konsystencję. 

asystentka ;)

środa, 28 sierpnia 2013

Shiseido - Sun Protection Liquid Foundation SPF30 - łyżka dziegciu

Kilka tygodni temu prezentowałam Wam nowość w mojej kosmetyczce - wodoodporny podkład japońskiej marki Shiseido. Miałam plany i nadzieję znaleźć w nim swój letni - i nie tylko - ideał. Tak jak wspominałam - mam ogromne i bardzo wygórowane oczekiwania względem podkładu, który stosuję w pracy. Musi być maksymalnie trwały i zapewniać mi nieskazitelny wygląd przez długie godziny. Testowałam już niemal wszystkie perfumeryjne propozycje o przedłużonej trwałości - jak dotąd naprawdę idealnie moja skóra wygląda jedynie w Double Wear. /Pomijam MACa, bo ten dostępny jest jedynie w salonach firmowych/.
Co więc takiego sprawia, że po wykończeniu małej niebieskiej buteleczki pożegnamy się na zawsze?


Producent - podkład w płynie z filtrem przeciwsłonecznym. Odporny na pot, wodę i tłuszcz. Utrzymuje długotrwałe, matowe wykończenie nawet podczas bardzo intensywnych ćwiczeń. Lekka formuła doskonale się rozprowadza i nie pozostawia wrażenia lepkości. Nie spływa, zapewnia świeżość makijażu przez długie godziny.



No cóż - mam wrażenie, że producent pisząc wszystko powyżej trzymał w rękach zupełnie inny produkt, niż ten, który trzymam ja. '



Opakowanie - ładne, zgrabne, solidne i bezpieczne. Ryzyko, że cokolwiek się przewróci, rozleje, stłucze w przypadku tego produktu nie istnieje. Kulka zamknięta wewnątrz idealnie miesza podkład, nie ma więc mowy o rozwarstwieniu.


Aplikacja - podkład wymaga dosyć szybkiej i sprawnej ręki, ponieważ szybko zastyga i trudno jest go już wtedy rozprowadzić. 


Produkt - generalnie mam trzy poważne zarzuty w stosunku do tego podkładu.
- po pierwsze - o jakimkolwiek macie w jego przypadku na mojej twarzy nie ma mowy. Moja - mieszana przecież, wcale nawet nie tłusta - skóra, świeci się jak latarnia już w chwili aplikacji, a później jest już tylko gorzej. Tego błyszczenia nie jestem w stanie zahamować żadnym pudrem i nie jest to również z całą pewnością błyszczenie wynikające z przesuszenia.

- drugi zarzut wynika bezpośrednio z pierwszego - podkład bardzo szybko wygląda na mojej skórze nieświeżo i wręcz niechlujnie. Co istotne - mniej więcej w 7 na 10 przypadków Shiseido na mojej skórze po prostu się warzy i zbiera w nieestetyczne plamy. Nie ma to związku z pielęgnacją zastosowaną przed jego aplikacji. Podkład wchodzi mi w pory i linie i wygląda brzydko. Bardzo mocno uwidocznione zostają również wszelkie moje niedoskonałości i nierówności cery.

- trzeci - w zasadzie najpoważniejszy powód mojego niezadowolenia to stan do jakiego ten podkład doprowadza moją skórę. Ekspresowo pogarsza jej stan, wywołuje wysyp nieprzyjaciół, podskórną kaszkę i wzmożone zanieczyszczenie, które trudno zwalczyć. I tak, jak w przypadku dwóch pierwszych zarzutów, mogę to przeboleć, bo wystarczy go po prostu zmyć, tak tu sprawa mocno się komplikuje.


Kolejną wadą tego produktu jest dostępna na polskim rynku - mocno ograniczona - kolorystyka. Dystrybutor pomija całkowicie osoby o jaśniejszej karnacji. Na ten moment 40 jest dla mnie akceptowalna, ale jestem mocno opalona po wakacjach, nie ma jednak takiej możliwości, bym była w stanie stosować ją już za ca. 2 miesiące.

Bardzo brzydko rozkładają się na nim również  pozostałe kosmetyki kolorowe - róż, bronzer, rozświetlacz - łatwo o plamy i trudne do roztarcia placki.

Podsumowując - w moim odczuciu jest to jeden z gorszych podkładów z jakimi miałam do czynienia. Brzydki, nieestetyczny efekt, ekstremalne świecenie, podkreślone i spotęgowane niedoskonałości. Generalnie widziałam w tym produkcie remedium na wszelkie letnie podkładowe bolączki, a znalazłam coś kompletnie przeciwnego do swoich oczekiwań. Wiem, że w sieci roi się od zachwytów nad nim, dlatego fakt, że nie sprawdził się na mojej skórze, nie świadczy o tym, że to po prostu zły produkt. Radzę go jedynie bardzo dobrze przetestować w perfumerii - z próbkami jest niestety spory problem, ponieważ nie bez przyczyny oryginalna buteleczka zawiera wewnątrz wspomnianą kulkę - nie sposób zapewnić temu produktowi w próbce podobną konsystencję.Zresztą, jak widać po moim przypadku, nawet wypróbowanie tego podkładu nie gwarantuje sukcesu - ja przetestowałam go kilka razy, a egzemplarz, który kupiłam na pewno był świeży i tegoroczny - moja skóra zwyczajnie odmówiła współpracy z nim po kilku aplikacjach.
m.m.

piątek, 23 sierpnia 2013

Shiseido Pureness - Moisturizing Gel-Cream - można, tylko czy trzeba?

Moja skóra jest trudna i bardzo kapryśna. Mieszana, podatna na zapychanie i powstawanie niedoskonałości /mam czasami wrażenie, że do późnej starości walczyć będę z niespodziankami/, a jednocześnie skłonna do naprawdę ekstremalnych przesuszeń i szybko odzwierciedlająca zmęczenie. Sytuacji nie poprawia fakt, że z wiekiem - prócz wyszczególnionych powyżej problemów dochodzą te wyraźnie związane z grawitacją i nadmierną ekspresją. Powoli i mozolnie dochodzę już do idealnego programu pielęgnacji. Oznakom starzenia zapobiegam w nocy w dzień stosując ultra lekkie emulsje nawilżające, których głównym zadaniem jest utrzymać moją cerę względnie nawilżoną, świeżą i w miarę matową. Moim ideałem na tym polu jest Clinique Moisture Surge - nie obciąża, świetnie sprawdza się pod podkładem i przede wszystkim rewelacyjnie nawilża. Dlatego też, do niego właśnie będę się tu odnosić. Jakiś czas temu miałam jednak okazję przetestować poniekąd analogiczny produkt Shiseido i mogę powiedzieć jedno - miłości z tego nie będzie.


Opakowanie produktu - zawierające nota bene jedynie 40ml - utrzymane jest mocno w stylistyce tego typu linii - jest proste, minimalistyczne, a jego kolorystyka ma za zadanie przywodzić na myśl czystość i nawilżenie. Cała linia skierowana jest właśnie do osób, które borykają się z problemami skór mieszanych - ma nawilżać nie obciążając, matowić i zapewniać świeżość.


Produkt ma konsystencję lekkiego żelu i mleczny kolor. Dosyć szybko się wchłania, nie roluje się, ani nie warzy pod żadnym podkładem, który na niego aplikowałam.


Co więc przesądza o tym, że krem Pureness raczej nie zdobył mojego serca? Generalnie jest to krem kompletnie niczym szczególnym nie wyróżniający się spośród wszystkich innych tego typu. Komfort i nawilżenie nie są w żadnym wypadku długotrwałe, a jedynie doraźne. Stoi to w wyraźnej opozycji do zapewnień producenta o jego silnie nawilżającym działaniu. Zmatowienia cery, czy wyraźnego poczucia świeżości również nie odnotowałam - co więcej - irytujące było czucie go na skórze przez dobrą chwilę po aplikacji - dla mnie to dyskwalifikujące.
Ponadto wydajność - podczas gdy Clinique służy mi z reguły długie miesiące, Shiseido znikało ze słoiczka w tempie iście ekspresowym. Tak jak wspomniałam - traktuję tego typu produkt jako ten wyłącznie dzienny - oczekuję więc, że wystarczy mi na kilkanaście tygodni.
Pureness nie zapchał nie, nie spotęgował wysypu, ale też nie zrobił z moją skórą nic takiego, co sprawiłoby, że chciałabym go powtórzyć.


Podsumowując - po początkowym zachwycie marką /nadal zresztą uważam cienie Shiseido za jedne z najlepszych na rynku/ coraz częściej odnoszę wrażenie, że wiele szumu o nic. Podejrzewam, że podobnie działający żel nawilżający byłabym w stanie znaleźć wśród wielu marek niekoniecznie mieniących się selektywnością i adekwatną do niej ceną. W przypadku Clinique Moisture Surge czuję na skórze i wiem, że płacę za ocean nawilżenia, komfort i niebywałą lekkość. W tym przypadku tak naprawdę zastanawiam się, komu z czystym sumieniem mogłabym polecić Moisturizing Gel Cream od Shiseido, ponieważ jeśli zapewniać komfort i nawilżać, to porządnie, a tak o po prostu być? - można, tylko pytanie - po co?

niedziela, 28 lipca 2013

Estee Lauder Pure Color Cheek Rush - Hot Fuse

Nowa, żelowa formuła różu od Estee Lauder wzbudziła moją ciekawość już na etapie zapowiedzi i naprawdę niecierpliwie wyglądałam ich pojawienia się w perfumeriach. Ponieważ róże do policzków stosuję zawsze, nie mogłam darować sobie natychmiastowego wypróbowania tego produktu. Moją ciekawość wzmagała świadomość tego, jak często właśnie kremowe, żelowe i podobne im konsystencje, są trudne i niewdzięczne w codziennym użyciu.


Producent - Nowy róż Pure Color Cheeck Rush to lekki, innowacyjny, transparentny żel, nadający policzkom soczysty kolor i świeżość. Jego rewolucyjna, wodna formuła daje uczucie przyjemnego chłodu, nawilża i rozświetla policzki jak nigdy dotąd.
Dostępny w czterech zniewalających, transparentnych odcieniach.




Opakowanie - kusi i przyciąga wzrok. Fantastycznie pomyślane, soczyście kolorowe, zaopatrzone w wygodny dozownik wydaje się być idealnym gadżetem i ozdobą toaletki. Każdy odcień różu ukryty jest w buteleczkę odpowiadającą mu kolorem, co pozwala  błyskawicznie sięgnąć po wybraną wersję kolorystyczną. Fiolka zawiera 8g żelu.



Produkt - Przełomowa, transparentna formuła lekkiego żelu to istna bajka. Począwszy od wspomnianego dozownika, który - po nabraniu wprawy - podaje idealną ilość różu, przez - również wymagającą kilku prób, ale koniec końców bezproblemową aplikację, po fantastyczny efekt na skórze.
Pierwsze zetknięcie z produktem może budzić zdumienie - pompka naciśnięta zbyt mocno wyrzuca dużą ilość wściekle napigmentowanego żelu. Ale wystarczy posłużyć się nią delikatniej, by ilość produktu była adekwatna do potrzeb. Cheek Rush po wstępnej eksplozji koloru wyczarowuje na policzkach subtelny i lekki efekt. Przy energicznym rozprowadzeniu nie ma mowy o plamach, czy trudnych do rozprowadzenia zaciekach. Róż wystarczy delikatnie wklepać opuszkami palców w uprzednio nałożony podkład, a granice rozetrzeć. Cheek Rush jest transparentny, a żelowa, jakby wodna formuła umożliwia precyzyjną aplikację i efekt idealnego stopienia ze skórą.
Nie zapycha, nie podkreśla niedoskonałości, ani suchych skórek.


Ogromną zaletą tego produktu jest jego niebywała trwałość. W pracy nie mogę pod żadnym pozorem pozwolić sobie na brak makijażu. Wiele produktów wymaga ode mnie powtórnej aplikacji po kilku godzinach. Cheek Rush trwa na mojej skórze od wczesnego poranku, aż po demakijaż późno w nocy. Widać to zresztą na swatchach - miejsce największej jego koncentracji nosiło jego ślady jeszcze następnego dnia.
Odcień Hot Fuse to piękna, soczysta truskawka, która naprawdę świetnie komponuje się z praktycznie każdym odcieniem skóry.  Błyskawicznie odświeża, ożywia i dodaje skórze energii jak po spacerze.


Tips&Tricks - ponieważ widzę, że większość kobiet obawia się tego typu produktów, oto kilka moich spostrzeżeń wynikających ze stosowania Cheek Rush.
 - Zwykle nie-pudrowe formuły różu rekomenduję aplikować pędzlem do podkładu - w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem są po prostu palce. Pomijając już nawet fakt, że włosie pędzla może się trwale zabrudzić, ponieważ jak wspomniałam jest to chyba najtrwalszy róż dostępny na rynku, to właśnie opuszkami jestem w stanie rozprowadzić i wklepać Cheek Rush tak, by wyglądał idealnie.
- nie można zrażać się do tej formuły na początku - ona wymaga kilku prób, zwłaszcza na podkładach o przedłużonej trwałości i tych o pełnym kryciu. Granice różu i podkładu mogą się lekko rozmazać, ale bez problemu można je rozetrzeć palcem.
- Cheek Rush najlepiej wycisnąć z opakowania na wierzch dłoni i stamtąd dopiero aplikować niewielkie ilości opuszkami na policzki. Efekt można budować dokładając kolejne cienkie warstwy produktu. Pod żadnym pozorem nie polecam aplikować go bezpośrednio na twarz - pieczątka, podobna do tej na swatchu, gwarantowana.



Podsumowując - Cheek Rush to rozwiązanie stworzone na lato. Jego lekka formuła i efekt delikatnego chłodzenia, w połączeniu z tym, że twarz ubrana w ten róż wygląda świeżo i promiennie, niczym po weekendzie poza miastem, sprawiają, że warto przełamać się i wypróbować go na sobie. A kiedy już miłość zakwitnie, warto odrobinę nałożyć również na usta - Cheek Rush kompletnie nie wysusza, a trwa na nich całą wieczność - taki mały eksperyment ;)

m.m.

wtorek, 23 lipca 2013

Niekoniecznie... Krem do rąk Natura - Cannaderm CPK Bio

Krem do rąk czeskiej firmy specjalizującej się w naturalnych produktach kupiłam zimą, kiedy stan moich dłoni wołał o wszelkie pomsty. Zachęcona zbawiennym działaniem konopi, które pamiętałam jeszcze z pierwotnej wersji HempHand The Body Shoop liczyłam na szybki i spektakularny efekt. Niestety rozczarowanie było jeszcze bardziej spektakularne.


Producent - Naturalny krem do rąk zawierający czysty olej z nasion konopi, glicerynę i panthenol jest idealny do codziennej pielęgnacji skóry dłoni. Chroni przed zewnętrznymi czynnikami, zapobiega przesuszaniu się skóry i ma pozytywny wpływ na regenerację paznokci. Przy regularnym stosowaniu poprawia się ogólny stan skóry dłoni, która staje się nawilżona i wygładzona, a paznokcie zyskują zdrowy wygląd.

Skład - Aqua, Cannabis Sativa Seed Oil , Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Glycerin , Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Panthenol, Sodium Lactate, Sodium PCA , Glycine, Fruktose, Urea, Niacinamide, Inositol, Lactic Acid, Bisabolol, Allantoin, Glucose, Camelia Sinensis, Glucose Oxidase, Lactoperoxidase


Krem zamknięto w miękkiej - zakręcanej - plastikowej tubce o pojemności 75g. Dozowanie jest wygodne, na zewnątrz wydostaje się idealna ilość produktu. Spokój mąci jedynie wspomniana zakrętka - ale to moje osobiste odczucie, zwyczajnie nie jestem fanką tego typu rozwiązań - preferuję klapkę.
Krem ma lekko brudnawy odcień i dosyć intensywny ziołowy zapach, który utrzymuje się jeszcze przez dłuższy czas po aplikacji. Rozprowadza się na dłoniach bez mazania, wchłania się również szybko i bez pozostawiania nieprzyjemnego filmu.
Dłonie tuż po aplikacji są gładkie i przyjemne. Niestety na tym kończą się zalety Cannaderm, ponieważ na dłuższą metę ten krem po prostu nie działa.
Nie robi nic - nie leczy drobnych ranek, nie koi podrażnień, nie niweluje szorstkości ani zaczerwienień. Jest rozwiązaniem typowo doraźnym. Nawet stosowany regularnie po prostu jest, bo jest i niewiele więcej z tego wynika.


Podsumowując - Teraz latem, kiedy moim jedynym problemem jest lekko przesuszenie Natura jest w stanie zapewnić mi komfort, ale z tak naprawdę z tym radzi sobie każdy krem, niekoniecznie kosztujący 35pln. Zimą - przy swojej problematycznej skórze jestem w stanie wydać na krem do rąk nawet dwa razy tyle, pod warunkiem jednak, że jest on naprawdę skuteczny i przywraca moje dłonie do stanu, w którym nie muszę chować ich w rękawach swetrów. Za Cannaderm w przyszłym sezonie niestety jednak podziękuję. Aczkolwiek posiadaczki dłoni, które nie wymagają bardzo zaawansowanej pielęgnacji mogą być może cieszyć się przyzwoitym produktem opartym na naturalnych składnikach.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Nowe - Estee Lauder - Advanced Night Repair Eye Serum Infusion

Ponieważ zbliżam się do dna kolejnego słoiczka mojej ulubieńca w temacie pielęgnacji skóry wokół oczu postanowiłam - pozostając w marce, której pielęgnacja służy mi zdecydowanie najlepiej - sięgnąć po najnowszą propozycję z linii ANR - Serum Infusion.
Serum jest na tyle bogate, że spokojnie wystarcza jako samodzielna pielęgnacja, a jego rewolucyjność polegającą na zastosowaniu przełomowych rozwiązań znanych z klasycznej wersji ANR do twarzy pozwala oczekiwać naprawdę zauważalnych rezultatów. Co prawda, stosowany przeze mnie dotychczas Revitalizing Supreme Eye Balm zapewniał mojej skórze komfort nawilżenia i wygładzenia skóry, ale z racji przekroczonej kilka miesięcy temu trzydziestki, myślę, że warto, choćby na zasadzie kuracyjnej wprowadzić do pielęgnacji bardziej skoncentrowany koktajl składników odżywczych.


Parę słów od producenta - Wszystkie udowodnione korzyści, które daje nasze Serum nr 1 - teraz także w wersji pod oczy.
Wyjątkowo skuteczne, szybko wchłaniające się serum zmniejsza widoczność kluczowych oznak starzenia się delikatnej okolicy oczu, takich jak:

  • Drobne linie
  • Zmarszczki
  • Opuchlizna
  • Cienie
  • Przesuszenie
ULEPSZONA NAPRAWA
Unikalna Technologia Chronolux™ pomaga pobudzić naturalne procesy odnowy skóry, zmniejszając widoczność linii i pierwszych zmarszczek.
LEPSZA NAPRAWA USZKODZEŃ SKÓRY WYWOŁANYCH CZYNNIKAMI ZEWNĘTRZNYMI
Przeciwstarzeniowa formuła lekkiego serum pomaga zauważalnie zmniejszyć oznaki uszkodzeń skóry, spowodowanych szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.
OCHRONA I NAWILŻANIE
Tworzy optymalne warunki, by Twoje oczy wyglądały młodo, zdrowo i promiennie.
Kwas hialuronowy działający jak „magnes dla wilgoci”, pomaga zatrzymać i wzmocnić barierę hydrolipidową skóry.
Silne antyutleniacze neutralizują działanie wolnych rodników, zanim wyrządzą one szkody w Twojej skórze.
JAK STOSOWAĆ

  • Stosuj na oczyszczoną skórę rano i wieczorem.
  • Idealny do nakładania przed aplikacją Twojego ulubionego kremu pod oczy.
DANE DOTYCZĄCE FORMUŁY

  • Przetestowana dermatologicznie
  • Przetestowana okulistycznie
  • Bezzapachowa
  • Nie zatyka porów

Serum zamknięto w zgrabnej buteleczce o pojemności 15ml zaopatrzonej w wygodną pompkę dozującą idealną ilość produktu. Szata graficzna konsekwentnie nawiązuje do tej, którą charakteryzuje się linia Advanced Night Repair.
Za kilka tygodni opublikuję obszerniejsza recenzję.


Znacie produkty z linii ANR Estee Lauder? Być może miałyście już przyjemność stosować to serum, lub krem pod oczy z tej linii?
 
m.m.

wtorek, 9 lipca 2013

MAC Lust MSF +159 Duo Fibre Face Brush

Lato w salonach MAC to kolekcje mineralne. W tym roku marka kusi rytmem, zniewala blaskiem tętniącym sambą, rozgrzaną słońcem egzotyką, rozgrzewa zmysły, zniewala... Tropical Taboo to cienie, błyszczyki w mojej ulubionej formule CremeSheen, no i MSFy - mineralne, wypiekane pudry, które w zależności od odcienia i karnacji pełnią rolę rozświetlaczy, róży, czy pudrów brązujących. Dzisiaj przed Wami Lust - piękny złamany odcień różu z metaliczną poświatą.


Lust to wg producenta - pale pink with cranberry pearl - w rzeczywistości to rewelacyjny odcień przybrudzonego różu, który na skórze daje bardzo niejednoznaczny efekt. MSF jest w zdecydowanie ciepłej tonacji, aczkolwiek opalizuje jednak chłodno. Pyli się umiarkowanie, jest trwały - wytrzymuje od rana do późnego popołudnia i jest widoczny na skórze. Spełnia się w roli różu na jaśniejszych karnacjach, na ciemniejszych będzie zdecydowanie lepszym rozświetlaczem. Opakowanie zawiera 7 gramów produktu, który zamknięty jest w typowej dla marki czarnej puderniczce. Wydajność jest zabójcza - zresztą osobiście nie udało mi się wykończyć jeszcze żadnego MSFa, bez względu na to jak często bym go używała.









Moim osobistym hitem tej kolekcji jest mały, niepozorny 159. To zaokrąglony, dosyć płaski, stworzony z mieszanego włosia pedzel, który niemal natychmiast stał się moim ulubieńcem. Idealnie aplikuje róż, rozświetlacz, świetnie sprawdza się w wymagających precyzji okolicach oczu, gdzie można nim aplikować zarówno korektor, jak i produkt rozświetlający. Jego niewielki rozmiar umożliwia nawet aplikację cienia bazowego na powieki. Pędzel nie traci włosia podczas mycia, wysycha błyskawicznie.






 Na swatchach - mimo, że zdjęcia robione były w pełnym słoncu - bardzo trudno było mi uchwycić to jak pięknie Lust opalizuje. Zachęcam jednak do blizszego przyjrzenia się temu MSFowi, bo to fantastyczna propozycja na lato. Lust idealnie skomponuje się ze skórą muśniętą słońcem.




Kolekcja Tropical Taboo dostępna jest jak zawsze w lipcu i sierpniu w salonach marki.

m.m.

You might also like:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...