poniedziałek, 16 września 2013

Dior? J'adore... czyli smoky in love

Wiedziałam, że będzie moja już w momencie, gdy moim oczom ukazały się zdjęcia promujące kolekcję. Są metaliczne, utrzymane w odcieniach fioletów i tak piękne, że nie miałam jeszcze odwagi ich tknąć. Po swatchach w Sephorze wiem, że mnie nie zawiodą i pozwolą cieszyć się obłędnym przydymionym spojrzeniem przez całą tegoroczną jesień i zimę. Ale na razie ciiiii...... zbieram się w sobie, by w końcu naruszyć to misterne tłoczenie.













sobota, 7 września 2013

Rouge Bunny Rouge vol. I - róże

W tym miesiącu postawiłam przed sobą zadanie - chciałabym przybliżyć Wam pewną wyjątkową, ale w zasadzie mało znaną i mało popularną markę makijażową wywodzącą się z Wielkiej Brytanii.  

Rouge Bunny Rouge powstała na Wyspach niespełna 8 lat temu. Specjalizuje się w bardzo wysokiej jakości kolorówce. W Polsce dostępna jest niestety jedynie w Douglasach i to niekoniecznie wszystkich. We wrześniu opowiem Wam o kilku wyróżniających się produktach, pokażę swatche, zdradzę pewne triki. Gdybyście miały jakiekolwiek pytania - piszcie na priv, bądź w komentarzach - na wszystkie postaram się udzielić wyczerpującej odpowiedzi.


Róże w kamieniu, bądź prasowane dostępne są w stałej ofercie w 6 odcieniach. /Tu mała dygresja - marka nie wprowadza na rynek kolekcji limitowanych - wszystkie produkty dostępne są na stałe. Ewentualne looki sezonowe bazują również na stałej ofercie/
Ładna, ozdobiona białym wzorem czarna kasetka zawiera 3,5grama produktu. Wewnątrz zamknięto lusterko, które z powodzeniem służyć może do poprawek w ciągu dnia.
Wykończenie róży nie jest w pełni matowe, nie zawierają one drobinek, nie są perłowe. Sprawiają wrażenie satynowych, a dzięki zawartości lśniącego liścia hawajskiego pozwalają uzyskać na skórze piękny, jednolity efekt, który odbija światło nie podkreślając niedoskonałości i nie błyszcząc w oczywisty sposób.


Odcienie w opakowaniu mogą lekko przerażać, natomiast efekt na skórze jest naprawdę śliczny. Można go stopniować w zależności od tego, jakie nasycenie chce się uzyskać. Nie ma mowy o plamach, nierównościach, plackach, które trudno rozetrzeć. Pracuje się z nimi bajecznie, łatwo je zaaplikować, są trwałe i wydajne.Nie podkreślają niedoskonałości, ani suchych skórek.






Odcienie, które widzicie poniżej to numery 33, 34, 35 oraz 36. Brakuje 37 i 38, których niestety nie posiadam.

33 Delicata - Nude beige-rose with the barest hint of peach for an illuminated natural glow - Excellent to accentuate your cheekbones creating a 3D-effect depth
34  Gracilis - Medium rose with a hint of mauve, for a natural glow - Best suited to pale, cool complexions
35 Florita - Most natural, rich raspberry red with an illuminating radiance - It glides onto the skin imparting a warm rosy glow and is best suited for medium or olive skin tones
36 OrphelineMedium, warm strawberry with an illuminating radiance - Best on medium warm skin tones


Muszę przyznać, że do tej pory byłam absolutną fanką dwóch pierwszych - chłodnego Gracilis i Delicaty, która jest jednym z najbardziej niespotykanych i niepozornych róży w perfumerii - idealnie dopasowuje się  niemal do każdego odcienia skóry i co więcej na każdej skórze wygląda inaczej. Ostatnio jednak, zwłaszcza teraz gdy jestem mocno opalona, odkrywam również zalety dwóch pozostałych.


Delicata, Gracilis, Florita, Orpheline




Na swatchach - od lewej - Orpeline 36, Florita 35, Gracilis 34 oraz Delicata 33







Róże dostępne są w Douglasach posiadających u siebie markę Rouge Bunny Rouge w cenie 115pln.

m.m.

czwartek, 5 września 2013

MAC Indulge - Eat, Love Eye Shadow oraz pomadka Feed The Senses

Wrześniowe kolekcje MAC każdego roku przyprawiają mnie o szybsze bicie serca. Generalnie to zawsze tak bardzo kobiecy, zmysłowy i pełen nasyconych kolorów wstęp do jesieni. Tegoroczna Indulge jest również taka bardzo moja. Ciemna, przydymiona, wręcz idealna. Dzisiaj swatche pomadki w pięknym brudnym i co ważniejsze - chłodnym - różu Feed The Senses oraz szmaragdowego cienia Eat, Love o satynowym wykończeniu i niebywałej pigmentacji.



 



  







Obydwa produkty z tej kolekcji uważam za bardzo udane. Takiego odcienia pomadki poszukuję wiecznie - jest to jeden z odcieni, w których zdecydowanie najlepiej się czuję - jest, podkreśla ładnie usta, świetnie zgrywa się z moim chłodnym typem urody, a nie dominuje nad całością makijażu i rewelacyjnie komponuje się z ciemnymi oczami. Cienia nie mogłam sobie odpuścić - niestety brak słońca skutecznie stłumił jego urodę, ale gdy tylko z powrotem się pojawi, z pewnością dorzucę aktualizację. Piękny, głęboki szmaragd z milionem opiłków w rewelacyjnym satynowym wykończeniu - czyli wszystko to, co w cieniach jest mi potrzebne. Eat, Love jest mocno nasycony, bardzo dobrze się blenduje, pięknie wygląda na oku. Polecam zdecydowanie, jeśli tylko lubicie nosić ciemne makijaże oczu.

m.m.

sobota, 31 sierpnia 2013

bez szału - dr. brandt - dark circles away - collagen eye serum

Wygląda na to, że sierpień obfitował będzie na blogu w recenzje delikatnie mówiąc 'mało pozytywne'. Przed Wami bowiem kolejny produkt, który, w moim odczuciu, spokojnie można podczas zakupów pominąć . W większości moje negatywne nastawienie do opisywanych w tym miesiącu produktów, wynika z prostej relacji efekt, działanie vs. cena. Może gdyby były one znacznie bardziej przystępne cenowo, byłabym w stanie więcej im wybaczyć i mniej od nich oczekiwać. Trudno jednak pominąć milczeniem średnie, bądź wręcz kiepskie działanie kosmetyku pod oczy, za który producent śpiewa sobie w regularnej ofercie ca. 300pln.
Wspomniane w tytule serum pod oczy było częścią zestawu z mikrodermabrazją, za który podczas wyprzedaży w Sephorze zapłaciłam mniej więcej 130pln. Spróbowałam, nie żałuję, ale nie mogę powiedzieć, by którykolwiek z produktów będących częścią tego setu wywołał u mnie niepohamowaną miłość do marki i chęc powtórnych zakupów. O gwieździe zestawu, czyli mikrodermabrazji kiedy indziej - dzisiaj skupiamy się na dark cicrcles away.


Producent - Dark Circles Away Collagen Eye Serum zmniejsza efekt zmęczonych oczu, natychmiastowo poprawiając rozświetlenie i blask skóry wokół oczu. Dark Circles Away Collagen Eye Serum walczy z 3 największymi problemami okolicy oka. Stymulując mikrokrążenie i redukując uszkodzenia wywołane procesem zapalnym, serum pomaga rozjaśnić skórę pod oczami. Drenaż nadmiaru płynów zmniejsza opuchnięcia, a rozbijanie złogów tłuszczu pomaga walczyć z workami pod oczami. Skóra staje się mocniejsza i mniej transparentna, a okolice oczu nawilżone i wyraźnie lepiej wyglądające. 


W moim rytuale pielęgnacyjnym produkt pielęgnujący okolice oczu 'w kulce' jest niezbędny. Stanowi uzupełnienie kremów i o poranku jest jedyną rzeczą, która otwiera moje oczy. Po prostu muszę mieć coś takiego w lodówce, czy na półce ponieważ mam bardzo dużą tendencję do obrzęków i zasinień i pominięcie tego kroku skutkowałoby tym, że cały dzień chodziłabym z opuchniętymi oczami. 
 



Opakowanie produktu to długa, plastikowa, nieprzezroczysta buteleczka zakończona pompką z metalową kulką. Po naciśnięciu pompki na zewnątrz wydobywa się niezrozumiała dla mnie ilość produktu. Trzeba przyzwyczaić się do bardzo delikatnego wydobywania go na aplikator, ponieważ w przeciwnym razie ilością, która wydostanie się z opakowania będziemy w stanie obdzielić pułk wojska. 



Serum ma postać rzadkiej emulsji w lekko beżowym odcieniu. Kulka ma przyjemne chłodzące działanie. I to byłoby na tyle, jesli chodzi o zalety tego produktu. Serum, jeżeli nie zostanie precyzyjnie wklepane, pozostawia wyraźne smugi. Roluje się i odznacza. Nie odczułam wyraźnego polepszenia kondycji skóry wokół oczu. Nie została ona lepiej nawilżona, ani bardziej napięta. Nie mówiąc już nawet o jakimkolwiek pozytywnym wpływie tego serum na moje zasinienia, które jakie były, takie i pozostały. Nie są genetyczne, a ich powodem jest stres, zmęczenie i niewystarczająca ilość snu, więc skuteczny produkt powinien bez problemu poradzić sobie z nimi. Ten, poza wspomnianym przyjemnym chłodzeniem nie robi praktycznie nic.  



Podsumowując - ot, gadżet. Zupełnie zbędny i niepotrzebny, ponieważ znacznie lepszy efekt osiągam za pomocą Clinique All About Eyes w kulce, który dodatkowo jeszcze poprawia komfort mojej skóry, a jest o ponad połowę tańszy i ma znacznie bardziej przyjazną użytkownikowi formułę i konsystencję. 

asystentka ;)

środa, 28 sierpnia 2013

Shiseido - Sun Protection Liquid Foundation SPF30 - łyżka dziegciu

Kilka tygodni temu prezentowałam Wam nowość w mojej kosmetyczce - wodoodporny podkład japońskiej marki Shiseido. Miałam plany i nadzieję znaleźć w nim swój letni - i nie tylko - ideał. Tak jak wspominałam - mam ogromne i bardzo wygórowane oczekiwania względem podkładu, który stosuję w pracy. Musi być maksymalnie trwały i zapewniać mi nieskazitelny wygląd przez długie godziny. Testowałam już niemal wszystkie perfumeryjne propozycje o przedłużonej trwałości - jak dotąd naprawdę idealnie moja skóra wygląda jedynie w Double Wear. /Pomijam MACa, bo ten dostępny jest jedynie w salonach firmowych/.
Co więc takiego sprawia, że po wykończeniu małej niebieskiej buteleczki pożegnamy się na zawsze?


Producent - podkład w płynie z filtrem przeciwsłonecznym. Odporny na pot, wodę i tłuszcz. Utrzymuje długotrwałe, matowe wykończenie nawet podczas bardzo intensywnych ćwiczeń. Lekka formuła doskonale się rozprowadza i nie pozostawia wrażenia lepkości. Nie spływa, zapewnia świeżość makijażu przez długie godziny.



No cóż - mam wrażenie, że producent pisząc wszystko powyżej trzymał w rękach zupełnie inny produkt, niż ten, który trzymam ja. '



Opakowanie - ładne, zgrabne, solidne i bezpieczne. Ryzyko, że cokolwiek się przewróci, rozleje, stłucze w przypadku tego produktu nie istnieje. Kulka zamknięta wewnątrz idealnie miesza podkład, nie ma więc mowy o rozwarstwieniu.


Aplikacja - podkład wymaga dosyć szybkiej i sprawnej ręki, ponieważ szybko zastyga i trudno jest go już wtedy rozprowadzić. 


Produkt - generalnie mam trzy poważne zarzuty w stosunku do tego podkładu.
- po pierwsze - o jakimkolwiek macie w jego przypadku na mojej twarzy nie ma mowy. Moja - mieszana przecież, wcale nawet nie tłusta - skóra, świeci się jak latarnia już w chwili aplikacji, a później jest już tylko gorzej. Tego błyszczenia nie jestem w stanie zahamować żadnym pudrem i nie jest to również z całą pewnością błyszczenie wynikające z przesuszenia.

- drugi zarzut wynika bezpośrednio z pierwszego - podkład bardzo szybko wygląda na mojej skórze nieświeżo i wręcz niechlujnie. Co istotne - mniej więcej w 7 na 10 przypadków Shiseido na mojej skórze po prostu się warzy i zbiera w nieestetyczne plamy. Nie ma to związku z pielęgnacją zastosowaną przed jego aplikacji. Podkład wchodzi mi w pory i linie i wygląda brzydko. Bardzo mocno uwidocznione zostają również wszelkie moje niedoskonałości i nierówności cery.

- trzeci - w zasadzie najpoważniejszy powód mojego niezadowolenia to stan do jakiego ten podkład doprowadza moją skórę. Ekspresowo pogarsza jej stan, wywołuje wysyp nieprzyjaciół, podskórną kaszkę i wzmożone zanieczyszczenie, które trudno zwalczyć. I tak, jak w przypadku dwóch pierwszych zarzutów, mogę to przeboleć, bo wystarczy go po prostu zmyć, tak tu sprawa mocno się komplikuje.


Kolejną wadą tego produktu jest dostępna na polskim rynku - mocno ograniczona - kolorystyka. Dystrybutor pomija całkowicie osoby o jaśniejszej karnacji. Na ten moment 40 jest dla mnie akceptowalna, ale jestem mocno opalona po wakacjach, nie ma jednak takiej możliwości, bym była w stanie stosować ją już za ca. 2 miesiące.

Bardzo brzydko rozkładają się na nim również  pozostałe kosmetyki kolorowe - róż, bronzer, rozświetlacz - łatwo o plamy i trudne do roztarcia placki.

Podsumowując - w moim odczuciu jest to jeden z gorszych podkładów z jakimi miałam do czynienia. Brzydki, nieestetyczny efekt, ekstremalne świecenie, podkreślone i spotęgowane niedoskonałości. Generalnie widziałam w tym produkcie remedium na wszelkie letnie podkładowe bolączki, a znalazłam coś kompletnie przeciwnego do swoich oczekiwań. Wiem, że w sieci roi się od zachwytów nad nim, dlatego fakt, że nie sprawdził się na mojej skórze, nie świadczy o tym, że to po prostu zły produkt. Radzę go jedynie bardzo dobrze przetestować w perfumerii - z próbkami jest niestety spory problem, ponieważ nie bez przyczyny oryginalna buteleczka zawiera wewnątrz wspomnianą kulkę - nie sposób zapewnić temu produktowi w próbce podobną konsystencję.Zresztą, jak widać po moim przypadku, nawet wypróbowanie tego podkładu nie gwarantuje sukcesu - ja przetestowałam go kilka razy, a egzemplarz, który kupiłam na pewno był świeży i tegoroczny - moja skóra zwyczajnie odmówiła współpracy z nim po kilku aplikacjach.
m.m.

piątek, 23 sierpnia 2013

Shiseido Pureness - Moisturizing Gel-Cream - można, tylko czy trzeba?

Moja skóra jest trudna i bardzo kapryśna. Mieszana, podatna na zapychanie i powstawanie niedoskonałości /mam czasami wrażenie, że do późnej starości walczyć będę z niespodziankami/, a jednocześnie skłonna do naprawdę ekstremalnych przesuszeń i szybko odzwierciedlająca zmęczenie. Sytuacji nie poprawia fakt, że z wiekiem - prócz wyszczególnionych powyżej problemów dochodzą te wyraźnie związane z grawitacją i nadmierną ekspresją. Powoli i mozolnie dochodzę już do idealnego programu pielęgnacji. Oznakom starzenia zapobiegam w nocy w dzień stosując ultra lekkie emulsje nawilżające, których głównym zadaniem jest utrzymać moją cerę względnie nawilżoną, świeżą i w miarę matową. Moim ideałem na tym polu jest Clinique Moisture Surge - nie obciąża, świetnie sprawdza się pod podkładem i przede wszystkim rewelacyjnie nawilża. Dlatego też, do niego właśnie będę się tu odnosić. Jakiś czas temu miałam jednak okazję przetestować poniekąd analogiczny produkt Shiseido i mogę powiedzieć jedno - miłości z tego nie będzie.


Opakowanie produktu - zawierające nota bene jedynie 40ml - utrzymane jest mocno w stylistyce tego typu linii - jest proste, minimalistyczne, a jego kolorystyka ma za zadanie przywodzić na myśl czystość i nawilżenie. Cała linia skierowana jest właśnie do osób, które borykają się z problemami skór mieszanych - ma nawilżać nie obciążając, matowić i zapewniać świeżość.


Produkt ma konsystencję lekkiego żelu i mleczny kolor. Dosyć szybko się wchłania, nie roluje się, ani nie warzy pod żadnym podkładem, który na niego aplikowałam.


Co więc przesądza o tym, że krem Pureness raczej nie zdobył mojego serca? Generalnie jest to krem kompletnie niczym szczególnym nie wyróżniający się spośród wszystkich innych tego typu. Komfort i nawilżenie nie są w żadnym wypadku długotrwałe, a jedynie doraźne. Stoi to w wyraźnej opozycji do zapewnień producenta o jego silnie nawilżającym działaniu. Zmatowienia cery, czy wyraźnego poczucia świeżości również nie odnotowałam - co więcej - irytujące było czucie go na skórze przez dobrą chwilę po aplikacji - dla mnie to dyskwalifikujące.
Ponadto wydajność - podczas gdy Clinique służy mi z reguły długie miesiące, Shiseido znikało ze słoiczka w tempie iście ekspresowym. Tak jak wspomniałam - traktuję tego typu produkt jako ten wyłącznie dzienny - oczekuję więc, że wystarczy mi na kilkanaście tygodni.
Pureness nie zapchał nie, nie spotęgował wysypu, ale też nie zrobił z moją skórą nic takiego, co sprawiłoby, że chciałabym go powtórzyć.


Podsumowując - po początkowym zachwycie marką /nadal zresztą uważam cienie Shiseido za jedne z najlepszych na rynku/ coraz częściej odnoszę wrażenie, że wiele szumu o nic. Podejrzewam, że podobnie działający żel nawilżający byłabym w stanie znaleźć wśród wielu marek niekoniecznie mieniących się selektywnością i adekwatną do niej ceną. W przypadku Clinique Moisture Surge czuję na skórze i wiem, że płacę za ocean nawilżenia, komfort i niebywałą lekkość. W tym przypadku tak naprawdę zastanawiam się, komu z czystym sumieniem mogłabym polecić Moisturizing Gel Cream od Shiseido, ponieważ jeśli zapewniać komfort i nawilżać, to porządnie, a tak o po prostu być? - można, tylko pytanie - po co?

You might also like:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...