Na początku maja obiecałam Wam post ze zużyciami, ale niestety koszmarna infekcja, która zaatakowała najpierw Młodą, a później mnie i całą rodzinę skutecznie storpedowała wszystkie moje plany. Tak naprawdę dopiero w tym tygodniu odzyskałam jakiekolwiek siły do życia, a przez większość tego miesiąca jedyne o czym marzyłam po południu przybierało postać łóżka. Zużycia zaprezentuję Wam zatem na dniach, a dzisiaj zapraszam na mały przegląd tego, co zasiliło moje kosmetyczne zasoby.
Clinique - na początku maja na stronie internetowej marki pojawiła się atrakcyjna promocja. Do zakupu - bez określonej kwoty minimalnej - dodawany był lakier do paznokci. Ponieważ lakiery Clinique bardzo sobie cenie - baaa, uważam je za jedne z najlepszych wśród marek dostępnych w perfumeriach i w moim osobistym odczuciu zostawiają one daleko w tyle nawet tak uznane marki selektywne jak Dior, czy Chanel; a dodatkowo miałam od dłuższego czasu ogromną ochotę na nowego Chubby Sticka, postanowiłam wykorzystać okazję i zamówić tę kredkę. Zdecydowałam się na odcień, który łaził za mną już od dawna - 07 Super Strawberry. Jako gratis wybrałam lakier Concrete Jungle, który od momentu, w którym do mnie dotarł jest moim lakierowym ulubieńcem.
Odcień Chubby to delikatny róż, złamany odrobinę fioletem z niewielką domieszką czerwieni. Kolor ideał - pięknie podkreśla naturalny odcień ust, świetnie nadaje się na co dzień i jest ultra uniwersalny. Trwałość nie jest może wybitna, ale nie zapominajmy, że mówimy o balsamie do ust. Chubby Sticki mają świetne właściwości nawilżające, a łatwość aplikacji sprawia, że bez trudu można po nie sięgnąć nawet na skrzyżowaniu.
Concrete Jungle natomiast to odcień gładzi szpachlowej, nie ma w nim kropli żółci która wyglądałaby nieestetycznie, jest za to odrobina fioletu i szarości. Fantastyczna propozycja, którą postaram się pokazać Wam niedługo na paznokciach. Trwałością lakiery Clinique biją na głowę marki selektywne. Lakier mimo jasnego odcienia nie smuży, aplikuje się ładnie i łatwo nawet dla kogoś takiego, kto tak jak ja ma niewiele wspólnego z malowaniem paznokci.
Oczywistą zaletą sklepu internetowego marki są gratisy i darmowa wysyłka. Bez względu na kwotę zamówienia, a moja nie była jakaś wybitnie wysoka - do wyboru mamy dwie miniatury. Zdecydowałam się na mój ulubiony na ten moment krem - Superdefense i nową maskę na przebarwienia Even Better. Dodatkowo dostałam jeszcze mini paletkę nowych pomadek do przetestowania.
W kwestii pielęgnacji obrodziło u mnie głównie w toniki. Jakiś czas temu odbyłam dosyć długą rozmowę na temat mojej pielęgnacji z konsultantką Clinique którą uważam za jedną z najlepszych przynajmniej tu we Wrocławiu. Uświadomiła mi ona jeden z błędów, które popełniam. Mianowicie - Lotion Złuszczający w programie Trzech Kroków NIE pełni funkcji toniku. Bliżej już do niego trzeciemu krokowi, czyli zamykającej program emulsji. To ona odpowiada za to wszystko, za co w innych systemach odpowiada tonik, czyli przede wszystkim wyrównuje pH skóry po oczyszczaniu. I faktycznie, kiedy przeanalizowałam swoją pielęgnację, okazało się, że jeszcze lepsze rezultaty uzyskiwałam kiedy pomiędzy lotionem a serum skrapiałam twarz jeszcze dodatkowo np. Fix+ z MACa. Postanowiłam więc uzupełnić swój rytuał o ten nieszczęsny tonik. Na początek poszłam w produkty drogeryjne, ale za jakiś czas wrócę pewnie do swojego Fix+. Stanęło na Liściach Manuka z Ziaji i niestety po raz kolejny zawiodłam się na tej linii. Nie twierdzę, że jest zła - po prostu nie służy mojej skórze. Podobnie jak po paście, tak i teraz po toniku niemiłosiernie zaczęło mnie wysypywać. Problem zniknął w kilka dni po odstawieniu. Manuka poleci więc do mojej przyjaciółki której ta linia bardzo odpowiada. Finalnie stanęło więc na Iwostinie na dzień i toniku Fitomed, do którego zachęciły mnie pozytywne opinie Kingi , na noc. I na razie jest dobrze. Nie zauważyłam może jeszcze wymiernych efektów rozszerzenia pielęgnacji o ten produkt jako taki, ale przynajmniej nie wysypuje mnie tak jak po Manuce. A wracając do Clinique, to jeśli mieszkacie we Wrocławiu, bądź okolicach i potrzebujecie fachowej konsultacji odnośnie produktów tej marki, to szukajcie Eweliny - to naprawdę maksymalnie kompetentna dziewczyna, która ma wykształcenie kierunkowe, bardzo przyjazny sposób bycia i potrafi świetnie doradzić. Nigdy nie widziałam, by sprzedawał na siłę, czy wywoływała presję.
Kolejną nowością jest peeling z kwasami Iwostinu. Na mojej skórze w przeciągu kilkunastu ostatnich tygodni pojawiła się jakaś nieprawdopodobna ilość przebarwień. Jedno, dwa po prostu zignorowałabym, ale wyglądam jak przepiórcze jajko. Zanim sięgnę po sprawdzone serum z Even Better, albo zdecyduję się na nowe Enlighten z Estee, postanowiłam przetestować coś z rodzimego rynku. Dermokonsultantki w aptekach, które odwiedziłam bardzo polecały ten peeling, opinie klientek są podobno również bardzo pozytywne, cena nie jest zaporowa, zatem raz kozie śmierć - a nuż zadziała. Oczywiście za kilka tygodni spodziewajcie się recenzji.
I to byłoby /chyba/ na tyle w maju. Kusi mnie jeszcze bardzo nowy podkład z MACa, który miałam okazję już wstępnie przetestować i wydaje mi się, że jest moc, no i perfumy, ponieważ moja kochana Herba Fresca dobija już powoli dna, ale czas pokaże, czy uda mi się zmieścić z tymi zakupami jeszcze w tym miesiącu. Na razie jestem w fazie ostrych testów nowych toników i dóbr przywleczonych z kwietniowych targów. Wstępnie przymierzam się już do pierwszych recenzji. Z kolekcji limitowanych /również MACowych/ nie skusiło mnie tym razem kompletnie nic - wypadałoby zatem odtrąbić mały sukces ;P
niedziela, 24 maja 2015
sobota, 2 maja 2015
Ulubieńcy kwietnia
Kolejny miesiąc minął nawet nie wiem kiedy. Wiosna niby już przyszła, ale opornie to idzie w tym roku i po każdym cieplejszym dniu, znowu trzeba zmagać się z ochłodzeniem. W kwietniu nie szalałam z makijażem. Było dosyć powtarzalnie, przewidywalnie, bezpiecznie. Zapraszam was na przegląd produktów, po które sięgałam najczęściej.
Twarz
MAC Prep+Prime Beauty Balm w odcieniu Extra Light - to produkt do którego cyklicznie wracam i niezmiennie uwielbiam. Ten krem był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo jakimś cudem ominęła mnie BB - mania i nadal dosyć sceptycznie podchodzę do tego rodzaju produktów. Mam swoich ulubieńców, po których sięgam w weekendy, bądź latem, ale nie jest to must have na mojej półce. Ten natomiast jest naprawdę rewelacyjny. Krycie ma oczywiście praktycznie żadne, ale ładnie ujednolica cerę, nie wysusza, nie podkreśla przesuszeń, jest trwały i po prostu ładnie wygląda na twarzy. W połączeniu z sypańcem, o którym pisałam wam jakiś czas temu to duet idealny.
MUFE HD Foundation - przyznaję, trochę o nim zapomniałam. Odkopałam go niedawno w czeluściach kufra i muszę przyznać, że nadal go lubię. Nie jest to może podkład życia, ma swoje wady, ale ogólnie jest ok. Krycie ma średnie, z większymi problemami sobie nie radzi, ale wygląda schludnie. W kwietniu służył mi /zamiennie z korektorem Pro Longwear/ głównie jako wspomaganie BB, tam gdzie potrzebowałam minimalnie większego krycia. Z reguły dobrze trzyma się do demakijażu i bardzo rzadko płata figle.
Do wykończenia służył mi sypaniec MAC Prep+Prime w odcieniu lawendowym, o którym pisałam niedawno.
Bronzer to niezmiennie ostatnio Matte Bronze od MAC, w kwestii różu przeprosiłam się z Dame, ponieważ na oczach królowały u mnie głównie fiolety i zgaszone odcienie, a on pięknie je podkreśla. Rozświetlacz to Perfect Topping z MAC, który trudno mi ostatnio zastąpić jakimkolwiek innym. Udało mi się na tych zdjęciach uchwycić również wadę tego tłoczenia, o której wspominałam w recenzji - niestety te sweterkowe wypustki lubią się odkruszać.
Oczy
Tu było naprawdę spokojnie. Ani razu w tym miesiącu nie pokusiłam się o bardziej odjechany makijaż. Królowała paleta wkładów z MAC, nosiłam głownie ciemny fiolet Shadowy Lady rozblendowany chłodnym brązem, bądź różem Haux. Czasami urozmaicałam wszystko Vex'em.
Stąd też tym razem w ulubieńcach pojawiają się tym razem trzy Paint Poty - niezmiennie Let's Skate i Hyper Violet oraz Groundwork, który rewelacyjnie współpracuje z takimi właśnie stonowanymi, wręcz jesiennymi makijażami. Jedynym szaleństwem w tym miesiącu a w zasadzie jego końcówce była sephorowa kredka w odcieniu Good mood.
Jak widzicie w zestawieniu zabrakło tuszu do rzęs. Niestety nadal męczy mnie koszmarne łzawienie i skazana jestem na wodoodporne maskary, które delikatnie mówiąc dalekie są od ideału. Po porażce z MUFE sięgnęłam po Clinique High Impact, którego podstawową wersję bez wahania mogłabym umieścić w ulubieńcach - niestety wersja waterproof za klasyczną daleko w tyle. Jest co prawda odrobinę lepiej, niż w przypadku Aqua Smoky Lash, bo działa już miesiąc, ale dalej nie jest to tusz, który śmiało poleciłabym komukolwiek. Postaram się o recenzję jeszcze w tym tygodniu.
Recenzję większości produktów wymienionych wyżej znajdziecie na blogu. Jutro zapraszam Was na post ze zużyciami.
Twarz
MAC Prep+Prime Beauty Balm w odcieniu Extra Light - to produkt do którego cyklicznie wracam i niezmiennie uwielbiam. Ten krem był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo jakimś cudem ominęła mnie BB - mania i nadal dosyć sceptycznie podchodzę do tego rodzaju produktów. Mam swoich ulubieńców, po których sięgam w weekendy, bądź latem, ale nie jest to must have na mojej półce. Ten natomiast jest naprawdę rewelacyjny. Krycie ma oczywiście praktycznie żadne, ale ładnie ujednolica cerę, nie wysusza, nie podkreśla przesuszeń, jest trwały i po prostu ładnie wygląda na twarzy. W połączeniu z sypańcem, o którym pisałam wam jakiś czas temu to duet idealny.
MUFE HD Foundation - przyznaję, trochę o nim zapomniałam. Odkopałam go niedawno w czeluściach kufra i muszę przyznać, że nadal go lubię. Nie jest to może podkład życia, ma swoje wady, ale ogólnie jest ok. Krycie ma średnie, z większymi problemami sobie nie radzi, ale wygląda schludnie. W kwietniu służył mi /zamiennie z korektorem Pro Longwear/ głównie jako wspomaganie BB, tam gdzie potrzebowałam minimalnie większego krycia. Z reguły dobrze trzyma się do demakijażu i bardzo rzadko płata figle.
Do wykończenia służył mi sypaniec MAC Prep+Prime w odcieniu lawendowym, o którym pisałam niedawno.
Bronzer to niezmiennie ostatnio Matte Bronze od MAC, w kwestii różu przeprosiłam się z Dame, ponieważ na oczach królowały u mnie głównie fiolety i zgaszone odcienie, a on pięknie je podkreśla. Rozświetlacz to Perfect Topping z MAC, który trudno mi ostatnio zastąpić jakimkolwiek innym. Udało mi się na tych zdjęciach uchwycić również wadę tego tłoczenia, o której wspominałam w recenzji - niestety te sweterkowe wypustki lubią się odkruszać.
Oczy
Tu było naprawdę spokojnie. Ani razu w tym miesiącu nie pokusiłam się o bardziej odjechany makijaż. Królowała paleta wkładów z MAC, nosiłam głownie ciemny fiolet Shadowy Lady rozblendowany chłodnym brązem, bądź różem Haux. Czasami urozmaicałam wszystko Vex'em.
Stąd też tym razem w ulubieńcach pojawiają się tym razem trzy Paint Poty - niezmiennie Let's Skate i Hyper Violet oraz Groundwork, który rewelacyjnie współpracuje z takimi właśnie stonowanymi, wręcz jesiennymi makijażami. Jedynym szaleństwem w tym miesiącu a w zasadzie jego końcówce była sephorowa kredka w odcieniu Good mood.
Jak widzicie w zestawieniu zabrakło tuszu do rzęs. Niestety nadal męczy mnie koszmarne łzawienie i skazana jestem na wodoodporne maskary, które delikatnie mówiąc dalekie są od ideału. Po porażce z MUFE sięgnęłam po Clinique High Impact, którego podstawową wersję bez wahania mogłabym umieścić w ulubieńcach - niestety wersja waterproof za klasyczną daleko w tyle. Jest co prawda odrobinę lepiej, niż w przypadku Aqua Smoky Lash, bo działa już miesiąc, ale dalej nie jest to tusz, który śmiało poleciłabym komukolwiek. Postaram się o recenzję jeszcze w tym tygodniu.
Recenzję większości produktów wymienionych wyżej znajdziecie na blogu. Jutro zapraszam Was na post ze zużyciami.
niedziela, 26 kwietnia 2015
Wrocławskie Dni Urody&Spa 2015
Na ten dzień czekałam niecierpliwie od kiedy tylko we Wrocławiu pojawiły się informacje o targach. Niestety w poprzednich latach pracowałam w weekendy, więc wygospodarowanie czasu na odwiedzenie tej imprezy graniczyło z cudem. W tym roku w końcu mi się udało. Na początek kilka słów na temat samych targów, później krótka fotorelacja z zakupów.
Przyznam szczerze, że mając w pamięci Wasze relacje z podobnych imprez w Krakowie, czy w Warszawie byłam trochę rozczarowana. Wrocławskie targi były nadzwyczaj ubogie w ofertę makijażową. Pojawiła się w zasadzie garstka wystawców, praktycznie każdy z nich był poza moim zainteresowaniem. Byłam mocno nastawiona na Kryolan, Zoevę, czy Bikor, których we Wrocławiu zabrakło. Dni Urody&Spa skomponowane były tak naprawdę głównie pod klientki gabinetowe, które wśród stoisk mogły do woli przebierać. Sporo było produktów profesjonalnych, osprzętu, bardzo dużo wystawców specjalizujących się w kosmetyce naturalnej. Tak jak wspomniałam, liczyłam na szerszą ofertę w temacie makijażu i pędzli. Z tych ostatnich pojawiło się jedynie Maestro. Tak naprawdę idąc tam zastanawiałam się jakim cudem uda mi się zmieścić w założonym budżecie, a koniec końców okazało się, że ledwie przekroczyłam jego połowę. Pora zatem na moje łupy.
Sylveco - tu skusiłam się na kojący balsam do ciała, który Pani na stoisku poleciła mi jako świetną opcję na lato. Podobno jest lekki, ładnie się wchłania, świetnie nawilża i jest bogaty w ekstrakty roślinne między innymi z mięty pieprzowej, która przyjemnie orzeźwia, koi podrażnienia i zapobiega wrastaniu włosków - jak będzie zobaczymy. szersza recenzja z pewnością się pojawi. Kupiłam też kremowy szampon i płyn do kąpieli dla N. Od ponad dwóch lat w jej pielęgnacji jestem wierna Pat&Rub - po przetestowaniu wszystkiego, co dostępne na rynku, okazało się, że to naprawdę bezkonkurencyjne produkty. Świetnie myją, nie wysuszają, nie podrażniają, są wydajne jak diabli i nie są nafaszerowane olejami mineralnymi, ani innym świństwem. Sprawdzę alternatywę w postaci równie dobrego składu w Sylveco - być może okaże się strzałem w dziesiątkę. Jeśli nie, wrócę do Pat&Rub.
GoCranberry - żurawinowy płyn micelarny. Z tą marką nie miałam wcześniej styczności. Bałam się zaryzykować krem, bo pielęgnację mam już naprawdę dobrze ustawioną i boję się wysypów. Micel jest na tyle bezpiecznym produktem, że bez obaw mogę włączyć go w codzienny demakijaż nie powodując szkód, jeśli się nie sprawdzi i testując skuteczność marki.
Farmona System Professional - Gruszkowa Maseczka Oczyszczająca z kwasami AHA. Nastawiona byłam na zakup nocnego kremu z kwasami. Chciałabym jeszcze dokładnej oczyścić cerę, wygładzić ją, zwęzić pory i wyrównać jeszcze lepiej koloryt. Oczywiście nie mając gabinetu, miałam niewielkie szanse na zakup arcyprofesjonalnego, mocno skoncentrowanego kremu. Pani na stoisku zaproponowała mi cały program, ale wstrzymałam się z jego zakupem, bo nie jestem w stanie założyć, że regularnie będę miała czas na to, by go stosować. Stanęło na masce z kwasami, którą mam nakładać góra dwa razy w tygodniu i powinna spełnić swoje zadanie, ponieważ nie mam mocno zanieczyszczonej, tłustej, ani problematycznej cery. Jaki będzie efekt i jak wypadnie konfrontacja rzeczywistości z obietnicami Pani ze stoiska - czas pokaże. Recenzja na pewno się pojawi.
Maestro - i tu nie poszalałam tak, jak zakładałam. Nie znam tych pędzli w ogóle, teoretycznie zbierają pozytywne recenzję. Czy sprawdzą się u mnie, zobaczymy. Ja jestem naprawdę bardzo wymagająca w temacie pędzli, dawno już odpuściłam np. Hakuro, bo uważam je za wyrzucanie pieniędzy w błoto /mam w planach post porównawczy/ - inwestuję w narzędzia, które służą mi długie lata i właściwie pielęgnowane wytrzymują wszystko. Liczę na to, że Maestro okażą się tak dobre, jak się o nich mówi. Zdecydowałam się na dwie sztuki small crease, pencil, maleństwo do nakładania cieni, blush/contour i płaski, prosty syntetyk, którego zamierzam używać do aplikacji pielęgnacji i baz.
Oprócz tego zatrzymałam się jeszcze na stosiku z wyposażeniem gabinetów, gdzie skusiłam się na dwie polerki, ponieważ moje ulubione nie wiedzieć czemu zostały wycofane z oferty Sephory. Miałam w planach jeszcze jakąś giga-pojemność płynu do pędzli, ale niestety okazało się, że w ofercie co prawda jest, ale na miejscu go nie ma.
Sporą ochotę miałam jeszcze na krem pod oczy Resibo, ale doszłam do wniosku, ze niestety taki produkt z nieznanej marki muszę jednak wcześniej przetestować, bo nie chcę później męczyć się z kremem, po którym będę na przykład łzawić. Próbki niestety skończyły się paniom już dawno - a było dosyć wcześnie ;) Wykończę więc zapasy i później rozważę jego zakup.
W temacie wspomnianych kwasów zawitałam jeszcze na stoisko Chantarelle, którym zainteresowała mnie Aga, niestety Pani nie miała już na stanie kremu, który byłby dla mnie odpowiedni, zachęciła mnie więc do odwiedzania strony i wręczyła próbki innego, podobnego, ale odrobinę słabszego, bym przed zakupem docelowego mogła ocenić działanie tego typu produktów.
Tak jak widzicie raczej nie poszalałam - mimo szczerych zamiarów. Ciekawa jestem, czy któreś z Was spotkało się z tymi produktami i ma jakieś spostrzeżenia. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii.
Przyznam szczerze, że mając w pamięci Wasze relacje z podobnych imprez w Krakowie, czy w Warszawie byłam trochę rozczarowana. Wrocławskie targi były nadzwyczaj ubogie w ofertę makijażową. Pojawiła się w zasadzie garstka wystawców, praktycznie każdy z nich był poza moim zainteresowaniem. Byłam mocno nastawiona na Kryolan, Zoevę, czy Bikor, których we Wrocławiu zabrakło. Dni Urody&Spa skomponowane były tak naprawdę głównie pod klientki gabinetowe, które wśród stoisk mogły do woli przebierać. Sporo było produktów profesjonalnych, osprzętu, bardzo dużo wystawców specjalizujących się w kosmetyce naturalnej. Tak jak wspomniałam, liczyłam na szerszą ofertę w temacie makijażu i pędzli. Z tych ostatnich pojawiło się jedynie Maestro. Tak naprawdę idąc tam zastanawiałam się jakim cudem uda mi się zmieścić w założonym budżecie, a koniec końców okazało się, że ledwie przekroczyłam jego połowę. Pora zatem na moje łupy.
Sylveco - tu skusiłam się na kojący balsam do ciała, który Pani na stoisku poleciła mi jako świetną opcję na lato. Podobno jest lekki, ładnie się wchłania, świetnie nawilża i jest bogaty w ekstrakty roślinne między innymi z mięty pieprzowej, która przyjemnie orzeźwia, koi podrażnienia i zapobiega wrastaniu włosków - jak będzie zobaczymy. szersza recenzja z pewnością się pojawi. Kupiłam też kremowy szampon i płyn do kąpieli dla N. Od ponad dwóch lat w jej pielęgnacji jestem wierna Pat&Rub - po przetestowaniu wszystkiego, co dostępne na rynku, okazało się, że to naprawdę bezkonkurencyjne produkty. Świetnie myją, nie wysuszają, nie podrażniają, są wydajne jak diabli i nie są nafaszerowane olejami mineralnymi, ani innym świństwem. Sprawdzę alternatywę w postaci równie dobrego składu w Sylveco - być może okaże się strzałem w dziesiątkę. Jeśli nie, wrócę do Pat&Rub.
GoCranberry - żurawinowy płyn micelarny. Z tą marką nie miałam wcześniej styczności. Bałam się zaryzykować krem, bo pielęgnację mam już naprawdę dobrze ustawioną i boję się wysypów. Micel jest na tyle bezpiecznym produktem, że bez obaw mogę włączyć go w codzienny demakijaż nie powodując szkód, jeśli się nie sprawdzi i testując skuteczność marki.
Farmona System Professional - Gruszkowa Maseczka Oczyszczająca z kwasami AHA. Nastawiona byłam na zakup nocnego kremu z kwasami. Chciałabym jeszcze dokładnej oczyścić cerę, wygładzić ją, zwęzić pory i wyrównać jeszcze lepiej koloryt. Oczywiście nie mając gabinetu, miałam niewielkie szanse na zakup arcyprofesjonalnego, mocno skoncentrowanego kremu. Pani na stoisku zaproponowała mi cały program, ale wstrzymałam się z jego zakupem, bo nie jestem w stanie założyć, że regularnie będę miała czas na to, by go stosować. Stanęło na masce z kwasami, którą mam nakładać góra dwa razy w tygodniu i powinna spełnić swoje zadanie, ponieważ nie mam mocno zanieczyszczonej, tłustej, ani problematycznej cery. Jaki będzie efekt i jak wypadnie konfrontacja rzeczywistości z obietnicami Pani ze stoiska - czas pokaże. Recenzja na pewno się pojawi.
Maestro - i tu nie poszalałam tak, jak zakładałam. Nie znam tych pędzli w ogóle, teoretycznie zbierają pozytywne recenzję. Czy sprawdzą się u mnie, zobaczymy. Ja jestem naprawdę bardzo wymagająca w temacie pędzli, dawno już odpuściłam np. Hakuro, bo uważam je za wyrzucanie pieniędzy w błoto /mam w planach post porównawczy/ - inwestuję w narzędzia, które służą mi długie lata i właściwie pielęgnowane wytrzymują wszystko. Liczę na to, że Maestro okażą się tak dobre, jak się o nich mówi. Zdecydowałam się na dwie sztuki small crease, pencil, maleństwo do nakładania cieni, blush/contour i płaski, prosty syntetyk, którego zamierzam używać do aplikacji pielęgnacji i baz.
Oprócz tego zatrzymałam się jeszcze na stosiku z wyposażeniem gabinetów, gdzie skusiłam się na dwie polerki, ponieważ moje ulubione nie wiedzieć czemu zostały wycofane z oferty Sephory. Miałam w planach jeszcze jakąś giga-pojemność płynu do pędzli, ale niestety okazało się, że w ofercie co prawda jest, ale na miejscu go nie ma.
Sporą ochotę miałam jeszcze na krem pod oczy Resibo, ale doszłam do wniosku, ze niestety taki produkt z nieznanej marki muszę jednak wcześniej przetestować, bo nie chcę później męczyć się z kremem, po którym będę na przykład łzawić. Próbki niestety skończyły się paniom już dawno - a było dosyć wcześnie ;) Wykończę więc zapasy i później rozważę jego zakup.
W temacie wspomnianych kwasów zawitałam jeszcze na stoisko Chantarelle, którym zainteresowała mnie Aga, niestety Pani nie miała już na stanie kremu, który byłby dla mnie odpowiedni, zachęciła mnie więc do odwiedzania strony i wręczyła próbki innego, podobnego, ale odrobinę słabszego, bym przed zakupem docelowego mogła ocenić działanie tego typu produktów.
Tak jak widzicie raczej nie poszalałam - mimo szczerych zamiarów. Ciekawa jestem, czy któreś z Was spotkało się z tymi produktami i ma jakieś spostrzeżenia. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii.
czwartek, 23 kwietnia 2015
Sephora - wymień stare na nowe - -40% na makijaż marki własnej - moje łupy
Tegoroczny kwiecień jest bardzo trudnym miesiącem. W zasadzie każda sieć drogeryjna i obydwie sieciowe perfumerie kuszą rabatami i promocjami. Na domiar złego pojutrze zaczynają się targi. Jest więc gdzie postradać rozum i opróżnić portfel.
Po krótkiej i szybkiej racjonalizacji potrzeb moje wnioski przedstawiają się następująco - do Natury jeszcze niestety nie udało mi się dotrzeć, ale jeśli dotrę na pewno skończy się jedynie na kamuflażach Catrice - pozostałe produkty już jakiś czas temu przestały mnie kusić, ponieważ przestałam kupować rzeczy, których i tak później nie będę używać. Rossmanna prawdopodobnie odpuszczę całkowicie, mimo, że chodzą za mną Rouge Velvet od Bourjois, ponieważ po kokardy mam szukania produktu, który nie był otwierany i sprawdzany mimo obecności testera, Douglas niemalże standardowo pominął w swojej ofercie rabatowej najbardziej kuszące mnie marki, czyli MACa i Bobbi Brown, zresztą prawda jest taka, że ja już naprawdę mam prawie wszystko, czego potrzebuję do życia i pracy. Szczerze mówiąc, niecierpliwie czekam jedynie na targi - tam mam nadzieję obadać w końcu produkty, które w większości nie są dostępne stacjonarnie. W pozostałych przypadkach postanowiłam jedynie uzupełnić braki.
Tak, jak wspominałam wielokrotnie, cenię coraz lepszą jakość i poszerzającą się ofertę marki Sephora. Perfumeria stanęła na wysokości zadania i swoją własną markę rozwija w bardzo dobrym kierunku odpowiadając na potrzeby klientek i żywo reagując na trendy w makijażu. Dzięki temu jest już lata świetlne od tego, co prezentowała sobą jeszcze jakąś dekadę wstecz. Osobiście uważam między innymi ich kredki za jedne z lepszych dostępnych na rynku, a ich dodatkową zaletą jest jeszcze atrakcyjna cena. I to właśnie na kredki postawiłam tym razem.
Uzupełniłam czarną, bo te zużywam w tempie ekspresowym, oprócz tego skusiłam się na ładny złamany granat i odcień na pograniczu zieleni, który jest identyczny jak jeden z najnowszych Double Wear'ów od Estee Lauder. Czerń jest z gatunku tych cieplejszych, nie jest to granatowy, zimny odcień w typie Smoldera z MACa.
Dwie Long Lasting Kohl Pencils, które widzicie na zdjęciach to 01 - Intense Black oraz 03 Mysterious Blue. Te kredki mają zdecydowanie twardszą konsystencję, niż Contour, o którym za chwilę, dlatego świetnie nadają się jako liner. Wspomniana formuła pozwala na narysowanie naprawdę precyzyjnej i trwałej kreski zarówno w linii górnych rzęs, jak i na dolnej powiece. Ze względu na tą właśnie twardość wyróżniają się niebywałą wręcz wydajnością. Nie ma tak naprawdę problemu z zastosowaniem ich jako bazy pod cienie, ale na pewno rozcierają się gorzej niż Contour.
Dużą zaletą tych kredek jest to, jak dobrze się je temperuje. Ani drewienko, ani sztyft nie kruszą się, nie odpryskują i praktycznie nie wymagają trzymania w lodówce przed ostrzeniem.
Trochę inaczej rzecz ma się w przypadku Contour Eye Pencil 12hr wear w bajecznym odcieniu Good mood o wykończeniu shimmer. Ta kredka ma już zdecydowanie bardziej miękką formułę, rewelacyjnie sprawdza się na linii wodnej, jest bezdrobinkowa, ale pięknie połyskuje. Uwielbiam ją w połączeniu z fioletem. Tak jak pisałam jest dokładnie identyczna, jak jeden z odcieni nowej linii kredek z Estee Lauder. Tu przed struganiem bezwzględnie wymagane jest schłodzenie, w innym wypadku kredka zwyczajnie zacznie się mazać. Contour świetnie nadaje się jako baza pod cienie, ładnie się blenduje, pięknie wygląda również jako roztarta kreska i w przeciwieństwie do dwóch wymienionych wyżej bardzo dobrze spisuje się na linii wodnej, na którą Long Lasting mogą być ciut zbyt twarde, jeśli mamy do czynienia z wyjątkowo wrażliwymi oczami.
Wszystkie trzy charakteryzuje świetna trwałość, nawet w sezonie łzawienia i alergii.
Podsumowując - cieszę się, że mimo wszechobecnych rabatów i akcji coraz częściej udaje mi się pohamować chciejstwo i kupować jedynie rzeczy, które są mi potrzebne, a nie jak leci wszystkie te, które mi się podobają, bądź 'może kiedyś się przydadzą'. Kredki uzupełnić już musiałam - zarówno czarną, jak i granatową, kaprysem można nazwać jedynie Good Mood, ale zważywszy na to, że ten odcień chodził za mną już od dawna i nie był to zakup pod wpływem chwili, a za te trzy kredki zapłaciłam podczas promocji ca. 50pln, nie mam wyrzutów sumienia - zwłaszcza, że jakość tych linerów jest naprawdę bliska ideału.
Po krótkiej i szybkiej racjonalizacji potrzeb moje wnioski przedstawiają się następująco - do Natury jeszcze niestety nie udało mi się dotrzeć, ale jeśli dotrę na pewno skończy się jedynie na kamuflażach Catrice - pozostałe produkty już jakiś czas temu przestały mnie kusić, ponieważ przestałam kupować rzeczy, których i tak później nie będę używać. Rossmanna prawdopodobnie odpuszczę całkowicie, mimo, że chodzą za mną Rouge Velvet od Bourjois, ponieważ po kokardy mam szukania produktu, który nie był otwierany i sprawdzany mimo obecności testera, Douglas niemalże standardowo pominął w swojej ofercie rabatowej najbardziej kuszące mnie marki, czyli MACa i Bobbi Brown, zresztą prawda jest taka, że ja już naprawdę mam prawie wszystko, czego potrzebuję do życia i pracy. Szczerze mówiąc, niecierpliwie czekam jedynie na targi - tam mam nadzieję obadać w końcu produkty, które w większości nie są dostępne stacjonarnie. W pozostałych przypadkach postanowiłam jedynie uzupełnić braki.
Tak, jak wspominałam wielokrotnie, cenię coraz lepszą jakość i poszerzającą się ofertę marki Sephora. Perfumeria stanęła na wysokości zadania i swoją własną markę rozwija w bardzo dobrym kierunku odpowiadając na potrzeby klientek i żywo reagując na trendy w makijażu. Dzięki temu jest już lata świetlne od tego, co prezentowała sobą jeszcze jakąś dekadę wstecz. Osobiście uważam między innymi ich kredki za jedne z lepszych dostępnych na rynku, a ich dodatkową zaletą jest jeszcze atrakcyjna cena. I to właśnie na kredki postawiłam tym razem.
Uzupełniłam czarną, bo te zużywam w tempie ekspresowym, oprócz tego skusiłam się na ładny złamany granat i odcień na pograniczu zieleni, który jest identyczny jak jeden z najnowszych Double Wear'ów od Estee Lauder. Czerń jest z gatunku tych cieplejszych, nie jest to granatowy, zimny odcień w typie Smoldera z MACa.
Dwie Long Lasting Kohl Pencils, które widzicie na zdjęciach to 01 - Intense Black oraz 03 Mysterious Blue. Te kredki mają zdecydowanie twardszą konsystencję, niż Contour, o którym za chwilę, dlatego świetnie nadają się jako liner. Wspomniana formuła pozwala na narysowanie naprawdę precyzyjnej i trwałej kreski zarówno w linii górnych rzęs, jak i na dolnej powiece. Ze względu na tą właśnie twardość wyróżniają się niebywałą wręcz wydajnością. Nie ma tak naprawdę problemu z zastosowaniem ich jako bazy pod cienie, ale na pewno rozcierają się gorzej niż Contour.
Dużą zaletą tych kredek jest to, jak dobrze się je temperuje. Ani drewienko, ani sztyft nie kruszą się, nie odpryskują i praktycznie nie wymagają trzymania w lodówce przed ostrzeniem.
Trochę inaczej rzecz ma się w przypadku Contour Eye Pencil 12hr wear w bajecznym odcieniu Good mood o wykończeniu shimmer. Ta kredka ma już zdecydowanie bardziej miękką formułę, rewelacyjnie sprawdza się na linii wodnej, jest bezdrobinkowa, ale pięknie połyskuje. Uwielbiam ją w połączeniu z fioletem. Tak jak pisałam jest dokładnie identyczna, jak jeden z odcieni nowej linii kredek z Estee Lauder. Tu przed struganiem bezwzględnie wymagane jest schłodzenie, w innym wypadku kredka zwyczajnie zacznie się mazać. Contour świetnie nadaje się jako baza pod cienie, ładnie się blenduje, pięknie wygląda również jako roztarta kreska i w przeciwieństwie do dwóch wymienionych wyżej bardzo dobrze spisuje się na linii wodnej, na którą Long Lasting mogą być ciut zbyt twarde, jeśli mamy do czynienia z wyjątkowo wrażliwymi oczami.
Wszystkie trzy charakteryzuje świetna trwałość, nawet w sezonie łzawienia i alergii.
Podsumowując - cieszę się, że mimo wszechobecnych rabatów i akcji coraz częściej udaje mi się pohamować chciejstwo i kupować jedynie rzeczy, które są mi potrzebne, a nie jak leci wszystkie te, które mi się podobają, bądź 'może kiedyś się przydadzą'. Kredki uzupełnić już musiałam - zarówno czarną, jak i granatową, kaprysem można nazwać jedynie Good Mood, ale zważywszy na to, że ten odcień chodził za mną już od dawna i nie był to zakup pod wpływem chwili, a za te trzy kredki zapłaciłam podczas promocji ca. 50pln, nie mam wyrzutów sumienia - zwłaszcza, że jakość tych linerów jest naprawdę bliska ideału.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Fiolety od Clinique - quad Going Steady
Clinique odbierałam zawsze jako markę specjalizującą się w pielęgnacji. Służącą mi znakomicie i sprawdzającą się świetnie na mojej kapryśnej cerze, ale jednak mimo wszystko będącą główną, jeśli nie jedyną rzeczą, która jest mnie w stanie do tej marki przyciągnąć. Ich makijaż do pewnego momentu traktowałam trochę po macoszemu. Owszem, ładny, delikatny, subtelnie podkreślający urodę i wydobywający zadbaną cerę, ale poza tym wszystkim nie wyróżniający się niczym szczególnym i prawdę powiedziawszy odrobinę nijaki. Bardzo duża rewolucja na tym polu nastąpiła w marce kilka sezonów temu wraz z zatrudnieniem /po raz pierwszy/ na stanowisko Dyrektor Kreatywnej Jenny Menard. Makijażystka tchnęła świeżość i przede wszystkim wyrazistość w produkty kolorowe Clinique. Nagle okazało się, że marka, która /słusznie w moim odczuciu/ mieni się specjalistą do spraw pielęgnacji, ma również sporo do zaoferowania w temacie makijażu. Nadal jest czysto, ładnie i subtelnie - próżno szukać tu smolistych smoky eyes, odjechanych graficznych looków i narzędzi niezbędnych do ich stworzenia, ale nie taki jest też zamysł twórców i ja to rozumiem. Jest poprawnie, ale w tej poprawności jest też dużo fantazji, nasyconych odcieni, przełomowych i co najważniejsze prostych w obsłudze formuł.
Ze stosunkowo nowej oferty Clinique posiadam trzy poczwórne palety cieni. Początkowo chciałam zaprezentować Wam je wszystkie od razu, ale doszłam do wniosku, że paleta fioletów Going Steady zasługuje na osobny post. Dwie pozostałe przedstawię Wam w najbliższym czasie.
Fioletowe cienie, mimo, że spora grupa osób obawia się, że podkreśli w ten sposób niedoskonałości cery, czy zmęczenie oczu, to swoiste must have w każdej kosmetyczce. Odpowiednio dobrane i zastosowane fiolety to w zasadzie odcienie klucze do każdej tęczówki. Z każdym jej odcieniem pięknie harmonizują. Wymagają oczywiście dobrze przygotowanej cery i zakamuflowania zasinień, ale niewiele jest cieni przy których można to pominąć. Ja darzę fiolety wielką miłością już od wielu lat i mimo, że posiadam ich w swoich zbiorach naprawdę dużo, to stale szukam nowych i trudno jest mi się oprzeć, gdy widzę kolejną piękną paletę w tych odcieniach.
Nie inaczej rzecz ma się w przypadku Going Steady, po którą sięgam wyjątkowo często. To doskonale skomponowana czwórka cieni, która sprawdza się zarówno w dziennym, rozświetlającym makijażu, jak i w czymś mocniejszym. Poszczególne odcienie w GS nie mają nazw, ani numerów. Paleta ma pojemność 4,8g co daje 1,2 na każdy cień. Wewnątrz znajduje się instrukcja, jak wykonać podstawowy makijaż tą paletką. Z czterech odcieni, które składają się na Going Steady trzy mają wykończenie satynowe, jeden jest na pograniczu matu i satyny, jednak bardziej w kierunku tego pierwszego.
Cienie w tej czwórce są równe - dobrze napigmentowane, świetnie się rozkładają, nie zbierają w załamaniu i trwają w niezmienionym stanie do demakijażu /na MACowym Paint Pocie/ To naprawdę bardzo bezpieczna paleta - nie sposób zrobić sobie nią krzywdy - cienie nie robią plam, nie ma takiej możliwości, by nałożyć ich zbyt dużo i mieć później problem z ich roztarciem. Moimi faworytami w GS są dwa ostatnie odcienie - złamana, szara lawenda i ciemny, nasycony grafit z fioletem. Drugi cień bardzo lubię stosować w charakterze wyraźnego akcentu na dolnej powiece, a pierwszy pięknie rozświetla wewnętrzny kącik.
Do palety dołączone były jeszcze dwa aplikatorki, jednak jak większość narzędzi dodawanych do kolorówki przepadły bez wieści w czeluściach regału.
Podsumowując - Going Steady to śliczna, bardzo uniwersalna i bezpieczna paletka cieni, którą wyróżnia bardzo dobra jakość, świetna kompozycja odcieni i łatwość stosowania. Jeżeli miałabym polecać komuś jedną czwórkę w fioletach, na której miałby bazować makijaż tej osoby, to GS byłaby z pewnością jedną z pierwszych propozycji. Mnie osobiście, oprócz dwóch, które niebawem Wam zaprezentuję kuszą jeszcze Pink Chocolate i Morning Java i niewykluczone, że i one zagoszczą za jakiś czas wśród moich skarbów.
Ze stosunkowo nowej oferty Clinique posiadam trzy poczwórne palety cieni. Początkowo chciałam zaprezentować Wam je wszystkie od razu, ale doszłam do wniosku, że paleta fioletów Going Steady zasługuje na osobny post. Dwie pozostałe przedstawię Wam w najbliższym czasie.
Fioletowe cienie, mimo, że spora grupa osób obawia się, że podkreśli w ten sposób niedoskonałości cery, czy zmęczenie oczu, to swoiste must have w każdej kosmetyczce. Odpowiednio dobrane i zastosowane fiolety to w zasadzie odcienie klucze do każdej tęczówki. Z każdym jej odcieniem pięknie harmonizują. Wymagają oczywiście dobrze przygotowanej cery i zakamuflowania zasinień, ale niewiele jest cieni przy których można to pominąć. Ja darzę fiolety wielką miłością już od wielu lat i mimo, że posiadam ich w swoich zbiorach naprawdę dużo, to stale szukam nowych i trudno jest mi się oprzeć, gdy widzę kolejną piękną paletę w tych odcieniach.
Nie inaczej rzecz ma się w przypadku Going Steady, po którą sięgam wyjątkowo często. To doskonale skomponowana czwórka cieni, która sprawdza się zarówno w dziennym, rozświetlającym makijażu, jak i w czymś mocniejszym. Poszczególne odcienie w GS nie mają nazw, ani numerów. Paleta ma pojemność 4,8g co daje 1,2 na każdy cień. Wewnątrz znajduje się instrukcja, jak wykonać podstawowy makijaż tą paletką. Z czterech odcieni, które składają się na Going Steady trzy mają wykończenie satynowe, jeden jest na pograniczu matu i satyny, jednak bardziej w kierunku tego pierwszego.
Cienie w tej czwórce są równe - dobrze napigmentowane, świetnie się rozkładają, nie zbierają w załamaniu i trwają w niezmienionym stanie do demakijażu /na MACowym Paint Pocie/ To naprawdę bardzo bezpieczna paleta - nie sposób zrobić sobie nią krzywdy - cienie nie robią plam, nie ma takiej możliwości, by nałożyć ich zbyt dużo i mieć później problem z ich roztarciem. Moimi faworytami w GS są dwa ostatnie odcienie - złamana, szara lawenda i ciemny, nasycony grafit z fioletem. Drugi cień bardzo lubię stosować w charakterze wyraźnego akcentu na dolnej powiece, a pierwszy pięknie rozświetla wewnętrzny kącik.
Do palety dołączone były jeszcze dwa aplikatorki, jednak jak większość narzędzi dodawanych do kolorówki przepadły bez wieści w czeluściach regału.
Podsumowując - Going Steady to śliczna, bardzo uniwersalna i bezpieczna paletka cieni, którą wyróżnia bardzo dobra jakość, świetna kompozycja odcieni i łatwość stosowania. Jeżeli miałabym polecać komuś jedną czwórkę w fioletach, na której miałby bazować makijaż tej osoby, to GS byłaby z pewnością jedną z pierwszych propozycji. Mnie osobiście, oprócz dwóch, które niebawem Wam zaprezentuję kuszą jeszcze Pink Chocolate i Morning Java i niewykluczone, że i one zagoszczą za jakiś czas wśród moich skarbów.
niedziela, 19 kwietnia 2015
Back2MAC - Plumful
![]() |
| źródło |
Plumful to odcień w wykończeniu Lustre, który producent określa mianem kwitnącej różowej śliwki. Jej odcień finalnie jest bardzo mocno uzależniony od czerwieni wargowej i ilości nałożonej na usta. Pomadka ze względu na swoje pół-transparentne krycie i delikatny efekt na ustach świetnie nadaje się na co dzień. Ładnie i równo rozprowadza się na wargach, bez problemu aplikuje się ze sztyftu.
Nie zauważyłam, by wysuszała mi usta, ale ja w każdej wolnej chwili nakładam na nie balsam Lip Conditioner, więc trudno jest mi ostatecznie wyrokować w tej kwestii, podobnie jak w osadzaniem się i podkreślaniem przesuszeń, bo ich po prostu nie posiadam. Aczkolwiek konsystencja nie jest w żadnym wypadku kremowa i wyjątkowo komfortowa.
Wybaczcie 'gęsią skórę', ale aktualna pogoda we Wrocławiu to jakieś grube nieporozumienie. Brak słońca uniemożliwia mi działanie w domu, a na zewnątrz wygląda to właśnie tak, jak na zdjęciach powyżej.
Plumful nie wylewa się poza kontur i nie wchodzi w linie. Ten odcień nie jest demonem trwałości, nie jest w stanie przetrzymać picia, czy jedzenia, a i podczas mówienia dosyć szybko się zjada, ale robi to stosunkowo równo i nie wygląda nieestetycznie. Nie osadza się na zębach, co też nie jest niespodzianką, ponieważ takie mniej kremowe konsystencje rzadko kiedy sprawiają podobne problemy.
Podsumowując - jeżeli szukacie fajnej opcji 'na życie', od której podobnie jak ja, nie oczekujecie trwałości farbki, ani nie wiadomo jakich właściwości pielęgnacyjnych, a jedynie ładnego, żywego koloru, który w naturalny sposób podkreśli usta i zrobi cały makijaż, a ponadto będzie łatwy w obsłudze i bezproblemowy, to Plumful jest z pewnością jedną z opcji. Ja jestem z niej bardzo zadowolona, spełnia moje oczekiwania w 100% - odcień jest bardzo mój, świetnie uzupełnia makijaż, nie muszę bez przerwy kontrolować tego, w jakim jest stanie, a do szybkiej poprawki wystarcza mi wsteczne lusterko bądź ekran telefonu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
